Singapur – miasto lwa

Nazwa państwa wywodzi się z połączenia dwóch słów starożytnego hinduskiego języka – sanskrytu. ‚Singa’ oznacza lwa, a ‚pura’ oznacza miasto.

Już mieliśmy lądować na singapurskim lotnisku Changi, gdy nagle pilot poderwał maszynę będąc zaledwie kilkadziesiąt metrów nad ziemią i wzbił się ponownie do góry. Szok i konsternacja. Za oknem ściana deszczu i mgła tak gęsta, że nie widać nawet końca skrzydła. Nie dalej niż tydzień temu rozmawialiśmy o sytuacji w Anglii sprzed kilku miesięcy, gdzie z powodu zbyt silnego wiatru lądowanie nie było możliwe i samolot poszedł do góry jak strzała, mimo że koła już prawie dotykały podłoża. Zastanawialiśmy się, co czują ludzie w takim momencie, kiedy już jesteś w ogródku, już witasz się gąską, a tu nagle wszystko staje na głowie. Teraz już wiemy. I nie jest to wcale przyjemne uczucie. Zawróciliśmy o 180 stopni i kapitan poinformował nas, że niedługo rozpocznie się podejście numer dwa. Nikomu nie życzymy takich turbulencji, jakie mieliśmy przebijając się przez chmury. Wizyta w windzie to drobnostka, jeśli chodzi o uczucie w brzuchu. Kolejny zakręt i po chwili znowu słychać dźwięk wysuwającego się podwozia. Po raz drugi wlatujemy w mgłę, którą można by ciąć nożem, tak jest zbita i gęsta. Leje jak z cebra. Nie widać kompletnie nic. A potem ten przyjemny odgłos kół uderzających o pas startowy. Nareszcie koniec. Nogi Natalii ostatnio trzęsły się tak podczas treku na Rinjani. Na dzień dobry, Singapur łapie grubą krechę na minus, zobaczymy co będzie dalej.

Drapacze chmur w dzielnicy biznesowej

Lotnisko jest dobrze skomunikowane z miastem, za pomocą automatycznie sterowanego metra. Dojazd do homestay’u Ali’s Nest, który zabukowaliśmy telefonicznie kilka godzin wcześniej z Malezji zajmuje nam 45 minut. Ali to specyficzny człowiek. Raczej otwarty, ale dość ekscentryczny. Albo się go lubi, albo nie. Do dyspozycji jest 8-osobowe dormitorium i kilka dwójek z klimą i wiatrakiem, gdzie oprócz łóżka i małej szafki nie ma nic. Wspólna łazienka niczego sobie – gorąca woda na zawołanie, a papier toaletowy zawsze pod ręką – to ważne. Dwupalnikowa kuchnia, mikrofalówka i olbrzymia, dobrze chłodząca lodówka sprawiają, że można uniknąć drogiego jedzenia na mieście. Jest też dość czysto. Codziennie po podłodze zasuwa mały robot, pełniący rolę odkurzacza, a tu i tam krząta się gosposia nadzorująca pranie i tym podobne. Jedynym problemem jest brak zakazu palenia w domu. Jest wprawdzie niewielki balkon i część ze współlokatorów szanuje niepalących, wychodząc na zewnątrz, jednakże są też tacy, którzy kiepują do popielniczki jednego za drugim, akurat kiedy wsuwasz kolację. Ogólnie, jak za jedno z podobno najtańszych miejsc do spania w Singapurze, nasza ocena jest pozytywna. Płaciliśmy 40 singapurskich dolarów za dwójkę i wierzcie nam – była to najniższa, dużo odbiegająca cena od innych znalezionych miejscówek. No i trzy minuty do metra z buta, a za rogiem 24-godzinny Mustafa Center, gdzie kupisz chyba wszystko.

Jeden z symboli miasta – Singapore Flyer. Do niedawna najwyższy diabelski młyn na świecie, zdystansowany dopiero w marcu 2014 przez High Roller w Las Vegas

Singapur jest drogi. Ale jest też mały, co czyni go idealnym miejscem na kilkudniowy wypad, żeby złapać chwilę oddechu w cywilizacji pomiędzy innymi azjatyckimi państwami. Nie trzeba rezerwować sobie lotów ani tygodni na eksplorację. Po prostu wsiadasz rano w metro i jedziesz gdzie chcesz, a że atrakcje są skumulowane w niewielkiej od siebie odległości, całość nie powinna zająć więcej niż kilka dni. To co rzuca się w oczy, to nowoczesna zabudowa, ale nie taka a’la Dubaj, gdzie rządzą petrodolary, a miasto postawione jest na pustyni i bez zraszacza nie ma co liczyć na drzewka. Tu jest zielono, przyjemnie, czysto i bardzo bezpiecznie. Wprawdzie pogoda lubi płatać figle i potrafi padać z prawie bezchmurnego nieba, ale cóż, taki klimat. Zadaszone chodniki, w niektórych częściach miasta zdecydowanie uprzyjemniają życie.

Główna ulica Singapuru to jedno wielkie centrum handlowe. Nie skłamiemy chyba, jeśli powiemy, że w promieniu kilometra było ich chyba z dziesięć. Wychodzisz z jednego i już widzisz wielkie drzwi wejściowe do następnego. Najmodniejsze i najdroższe marki przeplatają się ze sklepami prowadzonymi przez ciapatych, którzy sprzedają telefony komórkowe. Kawiarnie, restauracje i inne wynalazki kulinarne na każdym kroku. Tu po prostu jest wszystko. Jeśli potrzebujesz czegoś i jesteś akurat na Orchard Road – prawdopodobnie znajdziesz to.

Absolutnie fantastycznym miejscem jest Marina. Deptak położony nad wodą, z gigantycznymi biurowcami i drapaczami chmur w tle, przyciąga zielenią, atmosferą oraz designem. Oczywiście nie mogło zabraknąć również olbrzymiego centrum handlowego, chyba najbardziej odjechanego, z lodowiskiem i sztuczną rzeką, którą można pokonać przechadzając się małym mostkiem. Nad całością góruje hotel Marina Bay Sands, znany dobrze z basenu na ostatnim piętrze, z kapitalnym widokiem na panoramę Singapuru.

Zgadnijcie gdzie jesteśmy!

W Singapurze jest też oczywiście Chinatown oraz Little India, gdzie zjesz najróżniejsze specjały lokalnych kuchni. Mnóstwo skosów i ciapatych biega po ulicach tego państwa-miasta i ciężko zorientować się jak powinien wyglądać rodowity singapurczyk. Natomiast dzielnice, o których mowa tętnią wieczorami życiem, jest kolorowo, gwarno i kupisz tam najróżniejsze pamiątki, od zawieszek na bagaż, po przynoszące szczęście gumowe penisy. A gdy już o tym mowa, jeśli jesteś zainteresowany tym szczególnym rodzajem atrakcji, jedź do Geylang, singapurskiej dzielnicy czerwonych latarni.

Na takie znaczki można natknąć się dosłownie wszędzie

Singapur to miasto zakazów. Na każdym kroku natkniesz się na okrągłe znaki, z czerwoną ramką i białym tłem, przekreślone pośrodku. Jakkolwiek, znany nam „zakaz wjazdu” pojawia się od czasu do czasu, masz szansę natrafić tu również na niezłe perełki. Zakaz plucia dotyczy prawdopodobnie Chińczyków, którzy upodobali sobie ten mało atrakcyjny odruch. Niech sobie plują w domu, ale nie w centrum handlowym. Zakaz karmienia małp? Wiadomo, małpiszony to takie skurczybyki, że dasz palec, a będą chciały wziąć całą rękę, więc można to zrozumieć. Zakaz żucia gumy w tym przeraźliwie czystym miejscu też wydaje się mieć wytłumaczenie, ale zakaz sikania z windzie? Kto, do cholery sika w windzie? Raz, że kamery, dwa, że przecież windą jedzie się chwilę, a po trzecie toalety na każdym kroku. Czyste, przestronne i załadowane papierem aż miło. No ale nic, skoro jest zakaz, to zdaje się, że trafiają się tacy, którzy swoje potrzeby załatwiają jadąc akurat na czterdzieste piąte piętro biurowca w dzielnicy biznesowej. Nie ma to jak wyciągać ptaka ze spodni w garniturze, śmigając na spotkanie biznesowe w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata. Do tego wszędobylski, kategoryczny i uzasadniony zakaz jedzenia, noszenia i w ogóle posiadania durianów. Sorry, ale rozumiemy to. Wystarczy pojechać do Chinatown i spróbować wziąć głębszy oddech w pierwszym lepszym sklepie w owocami, żeby zrozumieć, że ten zapach może i nie jest taki ostatni, ale do pierwszych też nie należy. Zakaz jeżdżenia na rolkach w podziemiach, zakaz spożywania posiłków i napojów w metrze czy zakaz nie trzymania się poręczy podczas jazdy ruchomymi schodami. Ogólnie, zakaz na zakazie. Trzeba uważać gdzie puszcza się bąka, bo może akurat w tym miejscu panuje zakaz gazowania.

Żeby zwiedzić Singapur trzeba mieć dobre 4-5 dni. My mieliśmy zaledwie dwa i jedynie liznęliśmy trochę ducha tego państwa-miasta. Niemniej, podobało nam się tu i zgodnie stwierdziliśmy, że jest to ciekawe miejsce do pomieszkania przez jakiś czas (nie mylić z osiedlaniem się na stałe). Jest drogo, ale ludzie wydają się być szczęśliwi i dobrze sytuowani, odziani w markowe ciuchy, z najnowszymi gadżetami w ręku. Aż ciężko sobie wyobrazić, że nie dalej niż 30 lat temu, Singapur ekonomicznie i rozwojowo był na poziomie Wietnamu i Indonezji, nie umniejszając żadnemu z tych krajów, ale jednak jest to przepaść. Wszystko jest tu nowe i ciągle udoskonalane, dlatego nie dziwią tabliczki z napisem: „Budowa, jak zwykle”. Grunt to mieć do siebie dystans.

W tle Marina Bay Sands – hotel z dość osobliwie położonym basenem

Niewykluczone, że wrócimy tu na chwilę w drodze powrotnej do Europy, bo Singapur to jeden z największych hubów lotniczych w tej części świata. Wtedy pójdziemy do zoo, do akwarium i do Muzeum Cywilizacji Azjatyckich, pojedziemy na Sentosę i wjedziemy na ostatnie piętro hotelu Marina Bay Sands, a także spróbujemy kuchni wielu krajów, których przedstawiciele pichcą coś na rogu ulicy. Ale na razie musi to poczekać, bo właśnie pakujemy się do samolotu, który nareszcie, po blisko sześciu miesiącach oczekiwania od momentu otrzymania wizy ma nas zabrać do Auckland, gdzie nasza przygoda rozpocznie się na dobre.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress