Co poszło nie tak na Borneo?

M: Żaba, chyba mam coś w oku. Jakiś piasek, czy coś.
N: Pokaż
M: I co??
N: Nie, nic nie ma.
M: Dobra, zaraz przejdzie.
N: Patrz w dół i dużo mrugaj, powinno pomóc.

Niestety nie pomogło. Kilka godzin wcześniej wylądowaliśmy w Parku Narodowym Mulu na malezyjskiej części wyspy Borneo. Można się tutaj dostać tylko na dwa sposoby: samolotem albo łodzią. Wybieramy opcję numer jeden, bo szybsza i pewniejsza. O drodze lądowej zapomnij. To po prostu środek dżungli. Z lotniska łapiemy taksówkę, która ma nas zawieźć do jakiejś taniej noclegowni. Udało się. Jest tanio. Nie nazwalibyśmy tego mega dealem, bo jaka cena taki standard. Ale w zasadzie nic więcej nam nie potrzeba. Po kilku tygodniach spędzonych w Indonezji, klimaty zimnego prysznica, gumolitu na podłodze i niedomykających się okien nie są nam obce. Ba, dobrze, że te okna przynajmniej są! Niemniej nasz pensjonat skrywa w sobie pewną niespodziankę. Prądu uświadczysz tutaj tylko w godzinach 18 – 22! Przeżyjemy i to._IGP5210_IGP5213Jest jeszcze _IGP5211wcześnie. Podłączamy wszystkie sprzęty do gniazdka z nadzieją, że o 18 zaczną się ładować i opuszczamy naszą „dwójkę” z pięcioma łóżkami, żeby czym prędzej opłacić trzydniowego tripa po Parku i jutro skoro świt wyruszyć na podbój jaskiń, zdobyć Pinnacle i spać 2 noce w środku dżungli. Już nie możemy się doczekać. Z naszego portfela znika 900 ringgitów. Dowiadujemy się, że w przypadku przerwania wycieczki z jakiegokolwiek powodu, nie możemy ubiegać się o żaden zwrot gotówki. Nic sobie z tego nie robimy, bo sprawdziliśmy przecież prognozę pogody i ma być super, a innych niemiłych sytuacji nie przewidujemy. Zaczyna się nieźle. Zadowoleni, jeszcze tego samego dnia ruszamy na trek po lesie i „rozkoszujemy się” fetorem nietoperzych odchodów w pobliskich jaskiniach. Na koniec zaliczmy bat exodus, czyli wylot setek tysięcy tych małych ssaków z jednej z jaskiń. Zapach zapachem, ale przynajmniej dzięki nietoperzom, w lesie deszczowym nie potrzebujesz nawet preparatu na znienawidzone przez wszystkich komary i muszki. Kamera na statywie, aparat gotowy, wszystko niby wporzo ale oczy Marcina zaczynają dokuczać. Konkretnie lewe oko. Z początku cała sytuacja wyglądała niewinnie i w życiu byśmy się nie spodziewali, że od jutra zaczynamy maraton. I to nie maraton po zielonym Parku Narodowym, tylko po malezyjskich szpitalach i przychodniach. Po nietoperzym przedstawieniu wróciliśmy do pokoju. Marcin wciąż nie mógł wypłukać „piasku” z oka, wiec postanowił iść spać. „Pójdę spać i rano powinno być ok.” Nie było. Obudził mnie jeszcze w środku nocy, bo oko zaczęło się dziwnie zachowywać. Po omacku szukam latarki, bo światła przecież nie ma. Podświetlam przystojną jeszcze kilka godzin temu twarz małżona, po czym z moich ust pada coś w stylu „o kurde”. Moim oczom ukazał się Rocky Balboa, świeżo po ciężkiej walce. Oka prawie nie było widać…

_IGP5252

Wejście do Lang Cave

_IGP5270

Lang Cave

_IGP5266

Lang Cave

_IGP5230 _IGP5233 _IGP5249 _IGP5273Nie mieliśmy wyjścia. Trzeba było czekać do świtu, bo przecież prądu brak, a wioska śpi. Kiedy tylko zrobiło się jasno, Marcin poszedł do biura, żeby odwołać naszą dzisiejszą ekspedycję. Byliśmy w szoku, że pieniądze zwrócili nam w całości, bez gadania. Normalnie pewnie kręciliby nosem, ale wystarczyło jedno spojrzenie na panią za ladą i nie było najmniejszego problemu. Dlatego poszedł on, a nie ja. Dowiadujemy się od lokalesów, że na terenie Parku znajduje się mała przychodnia – jedna jedyna w promieniu kilkudziesięciu kilometrów – i nie dalej niż po 15 minutach meldujemy się w gabinecie. Jak się można domyśleć, z lodówek nie wysypują się tutaj lekarstwa na śliwę na oku, zatem kończy się na soli fizjologicznej i jakichś – jak się później okazało – nic nieznaczących kroplach do oczu. Prawdę mówiąc, tutejszy lekarz mógłby również śmiało startować na stanowisko lokalnego szamana. Z plusów to to, że było tanio. Wiele się nie zastanawiając jedziemy na lotnisko, żeby przebukować bilety. Nie zdążyliśmy na lot o 9 rano, zatem lecimy o 14. Cały czas zastanawiamy się co to może być. Ukąszenie raczej odpada, ciał obcych nie stwierdzono, a tak silnej alergii na cokolwiek nie mamy. Czekając na samolot idziemy do miejscowej kawiarni i wykupujemy kod na internet. Tak, dobrze przeczytaliście, był tutaj internet. Też się zdziwiliśmy. Żaden szatan, ale lepsze to niż nic. Telefon do ubezpieczyciela i szybki look na rady wujka google. Jakby tak wierzyć temu co ludzie piszą w internecie, to w zasadzie pozostaje już tylko ksiądz i telefon do rodziny.

Jak się później okazało w szpitalu w Miri, dopadło nas zapalenie spojówek. Niezwykle zaraźliwe. Bardzo szybko się o tym przekonaliśmy kiedy następnego dnia to ja obudziłam się z „piaskiem” w oczach, a Marcin z drugim okiem, chyba w jeszcze gorszym stanie niż pierwsze. U mnie choroba przebiegała jednak dużo delikatniej. Szczęśliwie obyło się tylko na delikatnym bólu i mocnym zaczerwienieniu oczu. Bez wylewów i bez „śliwy”. Marcin niestety nie miał tyle szczęścia. Co tu dużo mówić, przez następne dni nawet ja niekiedy bałam mu się spojrzeć w oczy, a ludzie nie chcieli z nim rozmawiać. Zanim oko wróciło do stanu sprzed choroby minęło około 5 tygodni. Trwało długo, niczym wirusowe zapalenie, a maści i krople mieliśmy przepisane na bakteryjne. Ciężko się połapać. Po prostu Azja.

_IGP5280

Wejście do Deer Cave

_IGP5331

Deer Cave

_IGP5332

Deer Cave

_IGP5307

Deer Cave

_IGP5327

Deer Cave

_IGP5340

Bat exodus, czyli wylot setek tysięcy nietoperzy z Deer Cave około godziny 17:00

Zatem jak do tego doszło? Okazuje się, że zapalenie spojówek jest dość powszechnym problemem w Azji, a zarazić się nie problem. Wystarczy dotknąć klamkę po kimś chorym, potrzeć oko i gotowe.

Co gorsza, to nie było tylko zwykle zapalenie spojówek. O ile pierwsze oko przeszło chorobę dość dobrze i szybko, o tyle w drugim oku pojawił się olbrzymi wylew. W pewnym momencie, gałka oczna była cała czerwona i Marcin wyglądał jak rasowy wampir. W życiu byśmy wtedy nie powiedzieli, że oko kiedykolwiek wróci do pierwotnego koloru. A jednak. Wszystko zaczęło się goić na dobre, kiedy tylko zmieniliśmy klimat z malezyjskiego na chłodniejszy, nowozelandzki. Zanim tak się stało, to doszło nawet do tego, że nie chcieli nas wpuścić za bramki na lotnisku w Singapurze. Szczęśliwie na Changi mają wszystko, nawet klinikę. Po dwóch godzinach niepewności dostaliśmy oficjalny medical certificate of fitness to travel, czyli kartkę papieru formatu A4 za 125 singapurskich dolców, uprawniającą nas do wejścia na pokład samolotu. I tutaj znowu… mogliśmy polec, ale nie polegliśmy 😉

A Gunung Mulu National Park? Jeżeli cała reszta jest tak czadowa jak to, co zdążyliśmy przez te kilka godzin zobaczyć, to bardzo polecamy. Przygotujcie się tylko na niesamowitą wilgotność powietrza, przez co człowiek poci się stojąc. Ale w końcu to tropikalny las deszczowy.

Na koniec przedstawiamy Wam jeszcze dwa zdjęcia chorego :)

Image7 (2) IMGP5362 (2)

9 odpowiedzi do artykułu “Co poszło nie tak na Borneo?

  1. opt1c5

    Pracuję jako optometrysta, ale takiego problemu z okiem w życiu nie widziałem.
    Możecie podać informację w jakiej firmie się ubezpieczaliście?

    1. Zalatani Autor

      Ubezpieczenie wykupiliśmy przez Planetę Młodych. Trochę to trwało zanim odzyskaliśmy poniesione koszty, ale oddali wszystko co do złotówki, wliczając taksówki i zakwaterowanie. Szczerze mówiąc posiadamy zdjęcia, na których oczy wyglądają jeszcze gorzej. Problem leży w tym, że w Malezji najwyraźniej też nie widzieli wcześniej takiego problemu z okiem, bo dostaliśmy maść z antybiotykiem, która bardziej szkodziła niż pomagała i po kilku dniach ją wyrzuciliśmy. Najlepszym lekarstwem okazała się być zmiana klimatu, bo w Nowej Zelandii wystarczył tydzień i oko praktycznie wróciło do stanu pierwotnego.

  2. opt1c5

    Też mam Planetę. Brałem opcję z USA ostatnio. Teraz wykupię raczej zwykłą. Dobrze wiedzieć, że coś tam wypłacają. Kiedyś się nie ubezpieczałem, ale odkąd spędzam około 100 dni poza domem uznałem, że korzystniej mi będzie wykupić niedrogie ubezpieczenie.

    1. Zalatani Autor

      My braliśmy PM raczej jako „żeby coś mieć”, a okazało się, że już nam się zwróciła kilkukrotnie :) Za 110 PLN na rok to grzech nie kupić :)

  3. brased

    Czytając, że Marcin wyglądał jak wampir nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.Zdjęcie wszystko wyjaśniło. Oby już reszta Azji poszła tak jak trzeba. Good luck!

    1. Zalatani Autor

      Na lotnisku w Kuching chcieliśmy znaleźć chętnego do zrzutki na taksówkę, ale gdy tylko zdjąłem okulary to jedyny zainteresowany złapał w pośpiechu swoją walizkę i uciekł, stwierdzając, że właśnie zmieniły mu się plany. Taka sytuacja była :)

  4. Doubleb

    Hej, bardzo fajnie się Was czyta :) Śledzę Wasze poczynania już dłuższy czas i korzystam ze wskazówek związanych z Nową Zelandią. Sporo mi pomogliście !!
    Na RTW wylatujemy za 2 tygodnie i dopiero teraz nadszedł czas na ogarnięcie ubezpieczenia :( Jest tego trochę, a znając „szczęście” z innych wypadów chciałbym posiadać coś dobrego.

    Wiem, że nie od tego tu jesteście, ale może przez ten czas „wpadło Wam w oko” jakieś inne ubezpieczenie, którego bylibyście pewniejsi itp.
    Widziałem, że nie raz nurkowaliście, wypożyczaliście auto i wiele innych. – Czy czytając opinie o Planecie Młodych nie natknęliście się na jakiś problem z wypłatami bądź ich brakiem?
    Czy biorąc auto braliście ubezpieczenie 100% z wypożyczalni? – PM takiego czegoś nie pokrywa, a gdzieś natknąłem się na info, że są ubezpieczenia, w których gwarantują zero wkładu własnego, pokrywania kosztów itp. przy kolizji/włamania/opon wypożyczonym autem- może coś o tym słyszeliście?

    Pozdrawiam :)
    Bartek

    1. Zalatani Autor

      Bartku, spieszymy z odpowiedzią, bo ubezpieczenie ważna rzecz! :)

      1. Począwszy od czerwca 2015, w Planecie Młodych zmienił się ubezpieczyciel. Poprzednio był to APRIL Assistance, dziś jest już Mondial (znany też jako Gothaer). Na pierwszego nie mogliśmy powiedzieć złego słowa, natomiast obecnego ubezpieczyciela jeszcze w boju nie testowaliśmy. Co prawda jesteśmy z nimi po słowie drogą e-mailową i na tę formę kontaktu nie można narzekać, to dopiero praktyka zweryfikuje na ile można ich polecać. Niemniej, kwota ubezpieczenia w Planecie Młodych nadal jest śmiesznie niska, więc nie wahaliśmy się wykupić go ponownie.Jest również opcja rozszerzenia o USA i Kanadę.

      2. Na nurkowanie mamy oddzielne ubezpieczenie :) Takie tylko dla nurków, więc jeśli nie nurkujesz, to nie przyda Ci się wcale :)

      3. Wypożyczając auto zawsze bierzemy pełen pakiet ubezpieczenia, o ile to tylko możliwe. Z szybami, kradzieżą, assistance, itp. Licho nie śpi. Wszystkie liczące się wypożyczalnie posiadają takie opcje. Jeśli nie – bądź czujny. My się raz przejechaliśmy na Wicked Campers w Australii i pisaliśmy o tym na blogu. Dopłata zazwyczaj nie jest jakaś ogromna, a może zaoszczędzić sporo kłopotów. Część ubezpieczycieli faktycznie może oferować pokrycie ewentualnych szkód podczas wynajmu auta, ale zastanów się ile razy i na jak długo będzie to auto wynajmował i przekalkuluj czy Ci się to opłaca. Może być też tak, że musisz zostawić depozyt na swej karcie kredytowej i jeśli uszkodzisz auto, wypożyczalnia ściąga należną kwotę, o której zwrot możesz potem wnioskować do ubezpieczyciela. A w tym czasie masz zamrożoną część swojej gotówki. Wszystko to kwestia, jak Ty do tego podchodzisz, bo osobiście wolimy mieć spokój, kupując ubezpieczenie bezpośrednio w wypożyczalni :)

      Na pewno nie ma złotego środka. Przed wylotem do NZ zrobiliśmy dość dokładny research, przewertowaliśmy kilka wycen z firm ubezpieczeniowych, ale nie byliśmy gotowi wyłożyć 1500 złotych na ubezpieczenie od osoby. Przeważyła cena i w tej kwocie PM bije na głowę wszystkie inne. Minus taki, że nie mają skajpa i trzeba dzwonić na polski numer, co czasem może być kosztowne i problematyczne. Na maile odpisują zazwyczaj w ciągu 24 godzin. Nie rozliczają bezkosztowo wizyt, chyba że sami umówią Ci konkretny termin w konkretnym miejscu. W przeciwnym razie musisz zbierać paragony, rachunki i pełną dokumentację medyczną. Nam oddawali za taksówki, hotele, a nawet przebukowane bilety lotnicze.

      Mamy nadzieję, że rozwialiśmy przynajmniej część Twoich wątpliwości. Jak coś Ci jeszcze wpadnie, to pytaj śmiało :)

      Życzymy powodzenia i zdrowia, bo to w podróży najważniejsze. Kawał rzeczy przed Wami, bo RTW to zawsze przedsięwzięcie. Dajcie znać jaką obraliście trasę :) Można gdzieś podglądać Waszego tripa? :)

      Pozdrosy :)
      N&M

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress