Czy warto jechać do Milford Sound?

_IGP0466Milford Sound uważane jest za jedno z najpiękniejszych miejsc w Nowej Zelandii. Co więcej, do miasteczka prowadzi niezwykła droga, przez gęsty las i wysokie góry, z wieloma punktami widokowymi na trasie, zwieńczona ponad kilometrowej długości tunelem wykutym w szczerej skale. Wszystko to brzmi niesamowicie i zachęcająco, ale problem stanowi tutaj pogoda. W Milford spada rocznie prawie 7 metrów deszczu na każdy metr kwadratowy powierzchni. Statystycznie, leje tu blisko przez 200 dni w roku, a w miesiąc potrafi spaść więcej deszczu niż w całej Polsce przez rok. Wszystko to, czyni z Milford jedno z najbardziej wilgotnych miejsc na Ziemi zamieszkanych przez człowieka. Tu każdy słoneczny dzień powinien być wiwatowany i hucznie obchodzony.

_IGP0325

Tunel Homera, 1200 metrów, wykuty w szczerej skale

_IGP0337

The Chasm

_IGP0371 _IGP0385W zasadzie ciężko nazwać Milford miasteczkiem. To nie jest nawet wioska. Tu jest raptem jedna restauracja, dwie noclegownie, niewielki port i punkt informacyjny. Jest też maleńka stacja benzynowa, ale cen woleliśmy nie sprawdzać. Wystarczy, że dostęp do Internetu kosztuje 6 dolarów za 20 megabajtów. Cena dla desperatów. Wspomnieliśmy już, że nie ma tu sieci komórkowej, a droga dojazdowa potrafi być zamknięta przez większość zimy? Milford to dziura. Najpopularniejsza nowozelandzka destynacja turystyczna, kosząca nagrodę za nagrodą i zbierająca laur za laurem to po prostu zadupie. I w tym jest cała magia.

_IGP0399 _IGP0446 _IGP0459 _IGP0502 _IGP0503Rano obudziła nas mgła tak gęsta jak śmietana. I to trzydziestka szóstka. W strugach deszczu zapakowaliśmy się do Tweety i ruszyliśmy dalej, bo do Milford zostało nam jeszcze 90 kilometrów. Droga ta uznawana jest za jedną z piękniejszych w całej Nowej Zelandii. Szkoda tylko, że przez chmury nic nie widać. Większą atrakcją dla nas były całe tabuny skosów, wysypujące się z autokarów na popularnych punktach widokowych. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, kto wykupuje horrendalnie drogie wycieczki, za drogie nawet dla Niemców i Amerykanów to już znasz odpowiedź. Gdyby nie skosy, Milford pewnie świeciłoby pustkami dzień w dzień.

Przez większą część dnia niebo zawalone było chmurami i od czasu do czasu przelotnie padało. W sumie tego się spodziewaliśmy, bo sprawdziliśmy wcześniej prognozę i zdecydowaliśmy się poświęcić ten dzień na naładowanie sprzętu i uzupełnienie notatek z podróży. Okazuje się jednak, że w Nowej Zelandii znają się na przewidywaniu pogody. Zgodnie z prognozą, wieczorem chmury rozstąpiły się i ujrzeliśmy to, co w Milford nie należy do codzienności – słońce i niebieski kolor nieba. A jeśli spece od pogody znają się na rzeczy, to znaczy, że jutro będzie słonecznie od samego rana!

Nie było. Znowu ta sama mgła. Wstaliśmy specjalnie o siódmej, żeby wycisnąć z tego dnia ile można, a tu lipa. Już nawet byliśmy po śniadaniu, gdy zapadła decyzja, że zamiast na szlak, idziemy z powrotem spać. Ledwo klopa widać z samochodu, oddalonego zaledwie o kilkanaście metrów, to gdzie tu się w góry pchać. O dziesiątej, po ponownej pobudce, sprawa miała się już lepiej. Zadowoleni, że przespaliśmy najgorsze, w dobrych nastrojach ruszyliśmy w drogę. Na początek – Key Summit.

_IGP0525 _IGP0561 _IGP0566Key Summit to odnoga Routeburn Track, jednego z Great Walks, czyli najlepszych, najpiękniejszych i świetnie przygotowanych szlaków pieszych. Początkowo droga wiedzie przez las, aby za linią drzew, po krótkim podejściu ujrzeć kapitalny widok na trzy otaczające okolicę doliny. Całość zajmuje około trzech godzin i nie należy do rzeczy szczególnie trudnych. Jeśli podejście można nazwać nudnym, bo po drodze oprócz lasu nie dzieje się nic, to widok ze szczytu wynagradza te 60 minut wspinaczki z nawiązką.

   Na popołudniowy trek wybraliśmy Lake Marian. Wdzięczna nazwa swoją drogą. Zaczęło się ciekawie, od podwieszanego mostu i niesamowicie rwących wodospadów, ale szybko dotarło do nas, że to nie będzie spacer. Im dalej w las, tym bardziej stromo. Jedynym ratunkiem jest to, że wspinasz się w cieniu. W przeciwnym razie, słońce rozkłada Cię na łopatki w kwadrans. Półtorej godziny później, zlani potem, dotarliśmy do jednego z najładniejszych jezior jakie kiedykolwiek przyszło nam oglądać. Tak czystą i przezroczystą wodę to można w kranie spotkać, a nie w jeziorze… słowem ideał. Położone w dolinie, z ośnieżonymi szczytami w oddali i tylko garstka ludzi dookoła. Jedyny minus, to pójście tam po południu. Na drugi raz odwrócilibyśmy kolejność i Mariana zrobili z rana, a na Key Summit poszli po południu._IGP0675_IGP0585_IGP0587_IGP0639_IGP0669

Czy warto jechać do Milford Sound? Co tam w ogóle robić? Szczerze powiedziawszy, samo Milford to raczej jednodniowa destynacja. W samym miasteczku niewiele jest do roboty. Można wybrać się na rejs statkiem, można – jak kogoś stać – przelecieć się samolotem widokowym i to w zasadzie tyle. Dużo więcej opcji znajduje się poza Milford. Niezliczona ilość tras pieszych, od krótkich, kilkunastu minutowych spacerów, do kilkudniowych wędrówek, z Milford Track na czele, uznawanym za najpiękniejszy szlak pieszy na świecie. Jedyne co trzeba zrobić, to wstrzelić się w pogodę. A to nie jest prosta sprawa.

2 odpowiedzi do artykułu “Czy warto jechać do Milford Sound?

    1. Zalatani Autor

      Szczerze mówiąc nawet się nie interesowaliśmy, bo z pewnością nie nasza półka cenowa. Wszystkie atrakcje tego typu w NZ są potwornie drogie i wystarczy przytoczyć chociażby helikopter na lodowcach, który kosztuje coś w kole 200NZD za 10 minut lotu od osoby :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress