Jak podróżuje się po Nowej Zelandii?

jaksiepodrozujeponzZasadniczo odpowiedź na tytułowe pytanie mogłaby zawierać się w trzech słowach: łatwo, prosto i przyjemnie. Dogadać się dogadasz, bo z angielskim nie mają tu przecież problemu. Nie musisz już na migi tłumaczyć, że szukasz sklepu czy chcesz dostać się na stację benzynową. Ludzie są pomocni, uczynni i z reguły bezinteresowni. Zgubić też się nie zgubisz, bo do każdego miejsca prowadzi po pięć różnych drogowskazów, a w każdym miasteczku jest punkt informacyjny, załadowany broszurami lepiej, niż punkt skupu makulatury. Sklepu może nie być, ale informacja turystyczna jest zawsze, jeśli nie w postaci osoby siedzącej za biurkiem i witającej Cię uśmiechem już od drzwi, to chociaż wiszącej mapy i rzetelnego opisu okolicznych atrakcji, szlaków i potencjalnych zagrożeń.

Podróżując po Nowej Zelandii, trzeba nauczyć się kilku panujących tutaj zasad. Po pierwsze, godzina 17 oznacza, że Twoja szansa na zakup czegokolwiek drastycznie maleje. To nie żart, w weekendy jest jeszcze gorzej, a o całodobowych sklepach – poza Auckland – jeszcze nie słyszeli. Ratują trochę tyłek miejscowości bardziej turystyczne, ale i tam po 19 możesz już tylko pocałować klamkę. Generalnie, mniejsze miasteczka pod wieczór wyglądają jakby nikt tam nigdy nie mieszkał. Takie miasta duchów. Byliśmy ostatnio w Hokitice, całkiem spora dziura jak na południową wyspę. 21:00, a na ulicy tylko my, wiatr hula jak szalony bo to nad wodą, knajpy pozamykane, światła pogaszone, na drodze można spać, bo samochody nie jeżdżą… aż się człowiek dziwnie czuje. Nieswojo trochę, jakby z planu horroru, ale to nic nadzwyczajnego w Nowej Zelandii.

Po drugie – w każdej, nawet najmniejszej dziurze masz publiczną toaletę. A tam zazwyczaj – papier, mydło, suszarka do rąk, a gdzieniegdzie nawet – dozownik płynu antybakteryjnego. Może to być jedna ulica, cztery budynki na krzyż i wieś bez nazwy, ale kibel jest. Warunki sanitarne – wiadomo – czasem lepsze, czasem gorsze, ale odpada problem nagłego przypilenia i braku publicznej latryny przez 200 kilometrów czy poszukiwanie maka albo innej knajpy z wytrzeszczonymi oczami.

Po trzecie – prysznice i pralnie. Załatwialiśmy to na różne sposoby. Jak było zimno i padało, to po prostu szliśmy do pierwszego lepszego budynku oferującego zakwaterowanie i uprzejmie pytaliśmy o możliwość skorzystania z prysznica, za drobną opłatą. To samo z praniem – wstępowaliśmy do jakiegokolwiek hostelu, bo przecież każdy musi mieć pralkę. Zdarzają się prysznice, gdzie po wrzuceniu odpowiedniej monety, masz ciepłą wodę przez określony czas. Dobry test, żeby sprawdzić jak szybko można się umyć i dobra opcja dla hardkorów, lubiących lodowatą wodę. To samo z pralniami – samoobsługa. Ponadto, kupiliśmy sobie solar shower, czyli 20-litrowy worek z rurką, który w ciągu dwóch godzin, w pełnym słońcu, potrafi nagrzać wodę, która znajduje się w jego wnętrzu do temperatury 35-40 stopni! Stawiamy na samochodzie albo wieszamy na drzewie i myjemy się jak gdyby nigdy nic, w plenerze. Pranie ręczne w plenerze też przerabialiśmy. Przy dobrej pogodzie schnie w godzinę.

Po czwarte, limitowany czas na parkingach publicznych i pod supermarketami w miastach. Wszędzie są tabliczki z cyframi, które w minutach określają maksymalny czas na jaki możesz zostawić swój pojazd. Koniec z zostawianiem auta na pół dnia i neverending shopping. W przeciwnym razie dostajesz mandat i tyle. Nie pytajcie skąd wiemy.

Po piąte, stacje benzynowe. Potrafi ich tu nie być przez 250 kilometrów. A jak są, to patrz punkt pierwszy – o całodobowych zapomnij.

Po szóste, kempingi i miejscówki do spania. Prawnie, w Nowej Zelandii można stanąć wszędzie tam gdzie dusza zapragnie, o ile masz na samochodzie specjalną naklejkę, potwierdzającą posiadanie łazienki i kilku innych amenitów. I nie chodzi tu o małe, żółte wiaderko, do którego można by się załatwić w akcie desperacji i ostateczności, ale o specjalny kubeł, którego zawartość skrzętnie kolekcjonujesz i opróżniasz gdy trzeba. Niestety, my mamy tylko to żółte wiaderko, więc spanie na dziko odpada, jako że można dość łatwo wyłapać mandat opiewający na dwie stówki od łebka. A uwierzcie nam, znamy milion lepszych sposobów, jakby te cztery stówy spożytkować. Hotele, motele i pensjonaty to też nie dla nas, więc trzeba sobie radzić inaczej. Zdarzają się bezpłatne kampy – to lubimy najbardziej. W sumie nic w nich nadzwyczajnego, woda ze strumyka, toi toi i to wszystko, ale przynajmniej nie martwisz się, że rano ktoś zapuka w szybę i zażąda zapłaty. Są też płatne kampy DOC, po sześć dolców od łebka (inne omijamy szerokim łukiem), gdzie trafi się kibel ze spłuczką i kran z zimną wodą. Trzecia opcja, to po prostu parking publiczny w jakimkolwiek miasteczku, nieopodal toalet. Na wypadek kontroli, zawsze można się posiłkować faktem, że akurat było późno, byliśmy zmęczeni, a do łazienki są przecież dwa kroki. Wymówki nie testowaliśmy, ale słyszeliśmy, że działa.

Po siódme, zasięg. Tu po prostu nie ma sieci komórkowej pomiędzy miastami, szczególnie na południu, a w skrajnych przypadkach nawet w małych miejscowościach na telefonie widnieje ten mocno nielubiany przez nas symbol przekreślonego kółka. Jak na razie rekord należy do trasy Lake Hawea – Fox Glacier. Jedyne 250 kilometrów i ani jednej kreski! Po drodze co najmniej 3-4 wioski, a mimo to zasięgu brak.

Po ósme i ostatnie, ludzie. Żyją bez spiny, bez pośpiechu i nigdy nie jest im nigdzie daleko. Dla nich 150 kilometrów to nie jest 150 kilometrów. To „tylko” dwie godziny drogi stąd. Całkiem blisko. Wiele osób mówi Ci cześć i macha z daleka bez specjalnego powodu. Wystarczy, że wyglądasz jakbyś czegoś szukał, a pomoc zaraz znajduje się sama. Dla Kiwi nie ma nic dziwnego w pójściu do supermarketu na bosaka albo w skarach. Uwalone błotem kalosze zostają przed wejściem. Zdarzyło nam się dostać chleb od człowieka, dostarczającego pieczywo do sklepów. Po prostu zauważył, że robimy kanapki i kończy nam się bochen. Miło. Podróżujesz stopem? Nic prostszego, Kiwi Cię podrzuci, nawet jak ma nie do końca po drodze. Musisz tylko uważać, bo niekiedy przez długi czas nie przejeżdża dosłownie nikt! Na ulicach rewia mody, bo mało kto przykłada tu uwagę do swojego wyglądu, a już na pewno do tego, co akurat dziś na siebie włożył. A ksiądz odprawiający mszę z tabletem zamiast księgi wcale nie wygląda dziwnie. Taka ta Nowa Zelandia śmiechowa.

16 odpowiedzi do artykułu “Jak podróżuje się po Nowej Zelandii?

  1. Ż

    Dzięki. Bardzo przydatny wpis. Sam się przygotowuję do wyjazdu i szukam jakichś informacji jaką trasę obrać po NZ, gdzie i o jakiej porze roku najlepiej być i Wasz blog jest ciekawą bazą informacji :)

    1. Zalatani Autor

      Siemano! Dzięki za dobre słowo. Najlepiej do NZ przylecieć od połowy października do końca marca. Pogoda najlepsza, a dni najdłuższe. Co do trasy, to zależy na ile czasu, bo szczególnie na Południu jest co robić nawet przez dwa miesiące. Świetny kraj, więc nic tylko pakować manatki i ruszać w świat :)

      W razie wątpliwości pomożemy :)

      Pozdro i niezapomnianych wojaży :)

  2. opt1c5

    Siema :)
    Super blog, dużo przydatnych informacji.
    Będziemy lecieć w październiku do Nowej. Czasu niestety nie mamy za dużo. 8 dni na wyspie południowej i 5 na północnej. Miasta sobie odpuszczamy, bo nie mamy na nie czasu.
    Poczytam sobie trochę bloga i później będę Was pytać o porady. :)

    1. Zalatani Autor

      Lepsze 13 dni niż nic! Macie bardzo dobry podział czasu, jak na tak krótki okres i dobrze, że zamierzacie omijać miasta, bo nie różnią się niczym od europejskich. Służymy pomocą w razie pytań :)

  3. opt1c5

    Pytania już są.
    1. Jak wygląda kwestia policji i kontroli prędkości. Spotyka się radary lub policję kontrolujące prędkość? Nie planujemy gazować, ale czasami się nie wyhamuje wystarczająco na ograniczeniu.
    2. Jakie produkty do jedzenia polecacie nam spróbować? Jakieś fajne lokalne owoce? Sosy do obiadu, słodycze?
    3. Czy orientujecie się które bankomaty nie pobierają prowizji za wypłatę?

    1. Zalatani Autor

      Są i odpowiedzi:

      1. znacznie częściej należy spodziewać się radarów niż typowych misiaków stojących przy drodze, których widzieliśmy raz czy dwa, a zrobiliśmy ponad 15k kilometrów. Za to kilka razy trafiliśmy na tajniaków, kontrolujących auta na poboczach. Sami nigdy nie zostaliśmy zatrzymani. Limity są pilnowane dość dokładnie i jak strzelą Cię z radaru to nie ma zmiłuj. Limit przekroczenia prędkości to 10% ponad to co widnieje na znakach, ale podczas ferii szkolnych nie ma żadnej taryfy ulgowej i limit spada do 0. Na wszystkich drogach poza miastami jest 100km/h i to w zupełności wystarcza.

      2. Nowa Zelandia to nie jest dobry kraj dla smakoszy wyrafinowanego jedzenia. Produkty smażone w głębokim oleju królują, a chleby-pompki i sporo niezdrowego żarcia wysypuje się większości ludzi z koszyków w każdym supermarkecie. Na pewno warto spróbować kumary (słodki ziemniak), mają tu też niezły wybór wołowiny, baraniny i owoców morza (małże nawet po 2,50NZD za kg). Z owoców polubiliśmy persymonę i feijoę). Z deserów popularna jest Pavlova i Sticky date pudding. Fish’n’chips sobie darujcie, chyba że lubicie obciekać olejem. Znajdziecie tu za to świetne azjatyckie jedzenie dosłownie na każdym kroku :) No i świetne, tanie sushi (1-1,20NZD za kawałek). Z napojów Kiwi uwielbiają LLB (Lemon, Lime, Bitters) i L&P (Lemon & Paeroa).

      3. niestety, nie mamy pojęcia, bo od samego początku używaliśmy nowozelandzkiej karty.

      1. opt1c5

        Wygląda na to, że Westpac nie nalicza prowizji.

        The NZ$8 international transaction fee saving applies to Westpac only, and is subject to change. Global ATM Alliance banks and their details are subject to change. All other international and standard fees apply including foreign currency conversion fees – refer to the Transaction and Service fees brochure. NOTE: whenever you use your Westpac credit or debit card to withdraw money from overseas ATMs your transactions will incur a foreign currency conversion fee. This is currently 2.5% of the New Zealand converted value of the foreign currency transaction amount. The currency conversion fee will be displayed on your statement.

        Sprawdzę to na miejscu. :)

  4. opt1c5

    Pytań ciąg dalszy.
    Jak wygląda kwestia płacenia kartami? Przypuszczam, że na campingach się nie da. Jak ze stacjami paliw?
    Chcieli byśmy monitorować pogodę. Gdzie będzie można znaleźć WI-FI?

    1. Zalatani Autor

      Na kampach DOC tylko kesz. Na prywatnych mają zazwyczaj terminal, ale nie należy tego brać za gwarant. Trochę gotówki warto mieć zawsze. Większość stacji benzynowych umożliwia płatność kartą. Jeśli chodzi o Wi-Fi to najlepszą opcją jest Spark Mobile. Mają rozstawione hot-spoty w całym kraju z dziennym limitem 1GB. Na ich stronie znajdziesz pakiety i lokalizacje budek z netem :)

      1. opt1c5

        Super, dzięki za info. Odezwę się po powrocie z Nowej, to może uda nam się zgadać na piwko w Bangkoku 24 listopada. :)

    1. Zalatani Autor

      Zależy od campera.Zwykłym autem teoretycznie można zatrzymywać się tylko na specjalnie wyznaczonych do tego miejscach i na kempingach posiadających toaletę. Jeśli masz self-contained, czyli większe auto z ubikacją, zlewem, pojemnikiem na wodę, itd, to pole manewru jest nieco szersze i można spać również tam gdzie toalet nie ma.

      W praktyce właściciele obu typów aut śpią na dziko i nie słyszeliśmy, żeby komuś wlepiono mandat. Grunt to nie śmiecić, nie hałasować i używać publicznych toalet, których jest mnóstwo. Ostatnio nawet spotkaliśmy parę Kiwi w Kambodży, którzy powiedzieli nam, że normalnie spali w aucie w Kanadzie na dziko, w tym również w miastach. Czyli wszystko jest dla ludzi w granicach rozsądku.

      Koniecznie przed wylotem zainstalujcie sobie aplikację CamperMate. Pomaga :)

      Tu macie oficjalne info o spaniu w plenerze w NZ: http://www.camping.org.nz/

      :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress