Mount Ruapehu na okrągło

_IGP5126Ruapehu to najwyższy szczyt Wyspy Północnej (2797 metrów n.p.m.) i zarazem największy czynny wulkan w Nowej Zelandii. Jakby tego było mało, to jednocześnie jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na całej Ziemi. Na samej górze, w kraterze, znajduje się piękne jezioro, z którego stale wydobywa się para wodna. Stąd właśnie, wzięła się nazwa tego wulkanu, bo Ruapehu w języku maorysów oznacza ”Wybuchające Jezioro”.

Na szczyt według oficjalnej strony DOC (Departament of Conservation) prowadzą dwie drogi. Ta bardziej na lewo, rekomendowana jest wczesnym latem, gdy śnieg obficie pokrywa jeszcze zbocza Ruapehu i śmiało można wchodzić po białym puchu. Druga droga, bardziej na prawo, powinna być użytkowania późnym latem, gdy śnieg już stopniał i odsłonił kamienie, po których należy się wspinać. W wiosce u podnóża góry okazało się, że istnieje jeszcze trzecia trasa, a lokalni przewodnicy chórem wyśmiali dwie poprzednie, o których mowa powyżej, twierdząc, że są za trudne dla niedzielnych wspinaczy.

Zanim jednak rozpocznie się prawdziwa wyprawa, trzeba dostać się na do punktu startowego na wysokość 2020 metrów, gdzie znajduje się najwyżej położona kawiarnia w całej Nowej Zelandii. Można zapłacić po 30 dolarów od osoby i przejechać się na górę wyciągiem krzesełkowym, a można też za zero dolców, w 75 minut dotrzeć tam pieszo. Długo nie trzeba nas było namawiać na opcję numer dwa, bo za sześć dych to my tu mamy szereg innych rzeczy do wyboru. Zatem wracając do rozkładu tras, gdy już dotrze się do kawiarni, powinno wybrać się drogę najbardziej na prawo. Jeszcze bardziej na prawo, niż rekomenduje to ekipa DOC. Nasz problem polegał jednak na tym, że z poziomu kawiarni tej trasy kompletnie nie widać, a pech chciał, że żadni ludzie tą drogą akurat na szczyt nie wyruszali. Pracownicy kawiarni to miała być dodatkowa informacja turystyczna, pomocna w obraniu właściwego kierunku, ale nawet porządnej kawy nie potrafili zaserwować, o wskazaniu szczytu już nie wspominając. Więc, po prostu podążyliśmy za kilkorgiem ludzi, tak jak nam się wydawało – drogą na maksa na prawo. I tu zaczyna się cała historia.

_IGP4959 _IGP4962 _IGP4969Trasy piesze w Nowej Zelandii dzielą się w zasadzie na cztery główne rodzaje: krótki spacer (short walk), marsz (walking track), tramping (tramping track) i szlak (route). Ruapehu należy do tego ostatniego na liście. Po drodze na szczyt nie ma bowiem żadnych drogowskazów ani znaków. To znaczy, że idziesz przed siebie, z mapą w pamięci, a jedynym wyznacznikiem tego czy maszerujesz w dobrym kierunku są ślady stop pozostawione przez poprzednich wspinaczy lub kamienie ułożone jed_IGP5039en na dru_IGP5003gim na skale.

W  pewnym momencie grupa się rozłączyła. My poszliśmy w prawo, w zamyśle idąc zgodnie z planem, że im bardziej na prawo tym lepiej, a dwie inne pary skręciły w lewo. Fakt, że nie widzieliśmy już tych ludzi tego dnia, bardzo wyraźnie oznacza, że nie zdobyli oni Ruapehu. Tutaj rozpoczęło się mordercze podejście. Kamieniste podłoże mogłoby służyć wyśmienicie jako schodki, gdyby nie fakt, że było stromo jak cholera. W pewnym momencie po naszej lewej stronie mieliśmy dosłownie pionową ścianę skalną w górę, a po prawej grubą warstwę śniegu i lodu, przypominającą raczej tor bobslejowy, aniżeli ścieżkę wspinaczkową. Po blisko dwóch godzinach od rozłączenia dotarliśmy do punktu, gdzie w naszym mniemaniu obie drogi – lewa i prawa – powinny się łączyć. Nikogo jednak nie było. Jak okiem sięgnąć, brak żywej duszy, zarówno przed nami jak i za nami. To był pierwszy z dwóch momentów, kiedy przeszła nam przez głowę chwila zwątpienia. Iść dalej, czy zawrócić? Ale droga w dół nie należała do zachęcających, więc ruszyliśmy dalej przed siebie i po kwadransie znaleźliśmy ślady stóp na ziemi i kamienie ułożone jeden na drugim na skale. Jakby tego było mało, gdzieś tam na boku przewalał się – smagany wiatrem – papierek po batoniku. Nie macie nawet pojęcia jak takie proste rzeczy potrafią podnieść człowieka na duchu. No więc wspinamy się dalej, leci nam już trzecia godzina, a w punkcie informacyjnym mówili, że droga w tą i z powrotem powinna zająć nie więcej niż siedem. To znaczy, że musi być już blisko. Pół godziny później, osiągnęliśmy najwyższy punkt wierzchołka, który rysował się przed nami. I to co zobaczyliśmy, dosłownie nas przeraziło.

Wulkan Ngauruhoe (Mount Doom) w oddali

_IGP5050

Stąd przyszliśmy. Konkretnie zza tej skały po prawej.

_IGP5054

Nie ma to jak ciastka!

_IGP5051 Sami już nie wiemy, czy poszliśmy źle i przypadkowo wyznaczyliśmy nową trasę, czy raczej strona DOC jest słabo uaktualniona i dostarcza lewych informacji. Gdy wkroczyliśmy na wierzchołek, naszym oczom ukazał się szczyt Ruapehu. Ale nie tam gdzie się go spodziewaliśmy. Okazało się bowiem, że jesteśmy kawał drogi od celu, całkowicie po przeciwległej stronie i żeby dotrzeć do jeziora, czeka nas jeszcze mniej więcej dwugodzinna droga po górskich grzbietach. Ekstra.

_IGP5068

Taki widok zastaliśmy po wdrapaniu się na wspomniany wierzchołek. Jezioro w kraterze znajduje się po lewej stronie, nieobjęte w kadrze.

20150301_133655 20150301_142211Byłoby fajnie gdyby to był tylko spacer po płaskim. Ale to była długa droga, prowadząca raz w górę, po stromych kamieniach, raz w dół, zsuwając się po drobniutkim żwirze. Dookoła zero ludzi. Poprzedniego dnia na Tongariro szło pewnie z tysiąc osób i człowiek czuł się jakoś pewniej w grupie, a tu na Ruapehu – nikogo. Totalne pustkowie. Po godzinie marszu zaczęło ostro wiać i pojawiły się pierwsze ciemne chmury. Przeszliśmy może połowę. A może nie. Usiedliśmy gdzieś na skale, wyciągnęliśmy banany i ciastka i wpadliśmy w zadumę. Iść dalej czy zawrócić? Drugi raz tego dnia dopadło nas zwątpienie. Bynajmniej nie rozważaliśmy powrotu tą samą drogą co weszliśmy, bo raz, że za stromo w dół, a dwa, że za daleko by się cofać, tym bardziej, że dostrzegliśmy ścieżkę, którą moglibyśmy wykorzystać do zejścia, rozpoczynającą się dokładnie pod nami. I wtedy Nati powiedziała: „Nie po to wspinałam się przez pięć godzin, żeby teraz zrezygnować, gdy widać już metę. Idziemy dalej!” No i poszliśmy, bo tak wkurzonej żonie się nie odmawia, choćby się człowiek słaniał na nogach. A uwierzcie – po drodze do tego miejsca, przez te 300 minut – padło wiele niecenzuralnych słów i wiele pytań, po co my to w sumie robimy. Można by siedzieć przecież gdzieś w ciepełku, popijając herbatkę, albo rozkoszując się widokiem lazurowej wody. Co więcej, aparat fotograficzny odmówił posłuszeństwa. Zdarzyło się to już wprawdzie raz, kilka dni wcześniej, ale na szczycie Ruapehu raczej nie czeka profesjonalny i błyskawiczny serwis fotograficzny. Po prostu mechanizm unoszenia lustra postanowił zrobić sobie wolne i zostaliśmy bez aparatu. Czyli wejście na Ruapehu zostanie udokumentowane telefonem komórkowym. Świetnie.

20150301_142917 20150301_143052 20150301_145001 20150301_145844Doszliśmy do kolejnego wierzchołka i w oddali zamajaczyło coś, co wyglądało jak ludzka postać. A za nią kolejna. Dwóch wspinaczy schodzących w dół. I wtedy dojrzeliśmy ścieżkę, którą powinniśmy podążyć od samego początku. Nareszcie jacyś ludzie. To jest właśnie ta chwila, kiedy czujesz, że rosną Ci skrzydła i wstępują w Ciebie nowe siły. Dalej poszło już jak z płatka. Godzinę później staliśmy już na punkcie widokowym na jezioro i wiedzieliśmy, że było warto. Sześć godzin męczarni, żeby zobaczyć jeden widok. Ale za to jaki. Takich widoków nie ogląda się codziennie. Co więcej, po kwadransie dłubania przy lustrzance, udało się pstryknąć upragnioną fotkę! Pentax odrodził się jak feniks z popiołów w najbardziej potrzebnym momencie. Ekstaza była blisko, uwierzcie.

ruapehu12

Taki kawał drogi przeszliśmy! Od najwyższego wierzchołka znajdującego się w prawej części kadru, aż do jeziora w kraterze po górskich grzbietach.

_IGP5139 ruapehu3 Droga w dół to już był pikuś. Trochę stąpania po kamieniach, trochę zsuwania się po żwirze, no i trochę zjeżdżania na tyłku po śniegu. Swoją drogą niezły fun i zasłużona nagroda za tyle godzin wspinaczki. Dopiero po dotarciu do kawiarni, ujrzeliśmy jak niewiele dzieliło nas od obrania właściwego kierunku od samego początku. Zaledwie kilka metrów bardziej na prawo, pod górkę po kamieniach, zamiast po wydeptanej ścieżce. Ale któż to mógł wtedy wiedzieć. Godzinę później byliśmy już na parkingu, gdzie w świetle zachodzącego słońca, pozostała jedynie Tweety. Wszystko inne już odjechało. Byliśmy ostatnimi zdobywcami Ruapehu tego dnia.

_IGP5140 _IGP5150 _IGP5164Ruapehu to nie była może najtrudniejsza rzecz jaką w życiu zrobiliśmy, bo Rinjani dzielnie dzierży palmę pierwszeństwa i dużo jeszcze wody upłynie, zanim to się zmieni, ale z pewnością było to mega niebezpieczne. Wspinanie się po kamiennych, prawie pionowych schodach do dziś wspominamy raczej jako wybryk, aniżeli coś zaplanowanego. Wystarczyłby jeden błędny ruch, jeden źle postawiony krok i lecisz w dół. Ale jesteśmy, żyjemy i podróżujemy dalej. Z uśmiechem na twarzy i pozytywną energią po każdym takim wysiłku, zakończonym sukcesem. Bo może się okazać, że Ruapehu to była nasza najwspanialsza przygoda w Nowej Zelandii.

Zamieszczamy przy okazji mapkę ściągniętą ze strony DOC, gdzie dorysowaliśmy ścieżkę rekomendowaną przez lokalnych przewodników. Tak to mniej więcej wygląda, choć jak życie pokazało – od teorii do praktyki droga jest długa.

maparuapehu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress