Opowieści z końca świata, odc. 4 – Dzieci z Pahiatua

pahiatua2Pahiatua to niewielka miejscowość, położona około 150 kilometrów na północny wschód od Wellington na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii. Na pierwszy rzut oka nie ma tu nic szczególnego. Ot, zwykła mieścina jakich wiele mijamy po drodze codziennie. Jedna główna ulica, kilka pobocznych, rząd sklepów, a dookoła pola uprawne i wzgórza. Jednak Pahiatua skrywa swój mały sekret gdzie indziej. Ale po kolei.

Był 10 lutego 1940 roku. W środku nocy rozpoczęła się pierwsza z czterech fal deportacji ludności polskiej w głąb sowieckiej Rosji. W wagonach transportowych, przystosowanych raczej do przewozu bydła aniżeli ludzi, przewożono całe rodziny. Kilka prycz wyścielonych słomą, mały, przerdzewiały piecyk, garstka węgla i dziura w podłodze stanowiąca toaletę – to wszystko co dostali Polacy w pociągu. Jedyny dobytek wysiedleńców stanowiło to, co udało im się akurat zabrać z rodzinnego domu, nierzadko podczas zaledwie kilkunastu minut jakie mieli na spakowanie całej rodziny. Nie wiedzieli dokąd jadą. Nie wiedzieli na jak długo i ile trwać będzie ta tułaczka. Z czasem do przepełnionych wagonów, w trzaskającym mrozie, bez wody, bez jedzenia i bez podstawowych środków higieny, stopniowo zaczęła wkradać się śmierć, z dnia na dzień zbierając coraz większe żniwo. Zmarłych grzebano na postojach, nieopodal stacji kolejowych lub po prostu wyrzucano z pociągu do rowu.

Podróż trwała tygodniami, aż w końcu cel został osiągnięty. Deportowani dotarli do Archangielska. W sercu rosyjskiej tajgi zbudowano obóz pracy przymusowej i zgromadzono w nim dziesiątki tysięcy Polaków. Praca była ciężka, a jedynym wynagrodzeniem był marny przydział chleba. Kto chciał wyżywić siebie i rodzinę, musiał pracować na okrągło, każdego dnia tocząc nieustanną walkę o życie. Aż nadszedł czerwiec 1941 roku – Hitlerowskie Niemcy, wbrew wcześniejszej umowie zaatakowały Rosję. Ci, których do tej pory traktowano jak zwierzęta i niewolników – Polacy zgromadzeni w obozach pracy – stali się nagle rosyjskimi sprzymierzeńcami. Po kilku tygodniach, Stalin w porozumieniu z Rządem Polskim na Uchodźstwie w Londynie ogłosił amnestię dla wszystkich wysiedlonych Polaków – łącznie około 1,5 miliona osób. Teoretycznie, na powrót stali się oni wolnymi ludźmi. Paradoksalnie jednak, choć brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie – najgorsze było dopiero przed nimi.

Na terenie dzisiejszego Uzbekistanu i Turkmenistanu zaczęły formować się polskie osady. Tworzono domy dziecka dla sierot, miejsca pomocy medycznej i ośrodki rekrutacyjne do powstającego Wojska Polskiego generała Andersa. Rozpoczęła się masowa emigracja polskiej ludności z obozów pracy na Syberii do polskich osad w Azji Centralnej. Jednakże, wygłodzeni, wycieńczeni i schorowani wysiedleńcy nie byli w stanie sprostać kolejnej, jeszcze dłuższej podróży. Śmierć zabierała jednego po drugim. Wymierały całe rodziny, które tak długo walczyły o przetrwanie na niegościnnej, syberyjskiej ziemi. Zaledwie co czwarte dziecko, które przetrwało tułaczkę przez centralną Rosję, mogło mówić o szczęściu posiadania przynajmniej jednego rodzica.

W 1942 roku pojawił się cień nadziei. Sowieci dali zielone światło dla Polaków zgromadzonych w republikach związkowych, na ewakuację na południe, do Iranu. W ciągu roku przetransportowano blisko 115 tysięcy osób. W tym samym czasie, Polski Rząd na Uchodźstwie poszukiwał miejsca na tymczasowy pobyt dla polskich dzieci, widząc w nich przyszłość ojczyzny i szansę na budowę nowej Polski po wojnie. Padło na Isfahan – miasto o łagodnym klimacie, idealne do zagojenia ran i blizn po syberyjskich mrozach. Już wtedy nadano mu nazwę „miasto polskich dzieci”. Jednakże Rząd Polski zdawał sobie sprawę, że taka liczba Polaków nie może przebywać w Iranie w nieskończoność. Zostały zatem podjęte kolejne próby znalezienia innego miejsca dla polskich dzieci, tak by w spokoju mogły one doczekać końca wojny. W ten sposób dzieci rozjechaly się po świecie i trafiły do polskich obozów w Libanie, Palestynie, Nazarecie, RPA, Kenii, Ugandzie, Tanganice, Indiach, Rodezji i Meksyku. Był jeszcze jeden taki obóz. I tu właśnie rozpoczyna się historia Pahiatua.

W kwietniu 1943 roku, z Azji wypłynął okręt transportujący polskie dzieci do Santa Rosa w Meksyku, gdzie obiecano im schronienie na czas wojny. Los chciał, że na statku znajdowali się również powracający z wojny żołnierze australijscy i nowozelandcy, co determinowało konieczność postoju w Melbourne i w Wellington. Okręt cumował w stolicy Nowej Zelandii przez kilka dni. Wieść o polskich wysiedleńcach na pokładzie bardzo szybko rozeszła się wśród lokalnej społeczności. Na krótko przed podniesieniem kotwicy, dzieci zmierzające do Meksyku odwiedziła hrabina Maria Wodzicka, delegatka Polskiego Czerwonego Krzyża, a prywatnie żona polskiego konsula w Nowej Zelandii, hrabiego Kazimierza Wodzickiego. Gdy zastała na statku wychudzone, zabiedzone i schorowane dzieci, jeszcze tego samego dnia zorganizowała dla nich zbiórkę darów. A że Nowozelandczycy to dobry naród i o wielkim sercu, pomoc jaką otrzymała, przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Prawdopodobnie już wtedy, a być może jeszcze podczas wizyty na statku, wpadł jej do głowy pomysł sprowadzenia polskich sierot do Nowej Zelandii.

Swoim pomysłem hrabina Wodzicka podzieliła się z żoną ówczesnego premiera Nowej Zelandii, Janet Fraser, znaną działaczką na rzecz kobiet i dzieci w swoim kraju. Obie kobiety darzyły się serdeczną przyjaźnią i można się tylko domyślić jaki przebieg miała ta rozmowa. Jak to już w świecie bywa, żony po cichu nie raz mogą zrobić więcej, niż w parlamencie ludzie. No i po pewnym czasie Nowa Zelandia wystosowała oficjalne zaproszenie dla polskich dzieci do Rządu Polskiego w Londynie. Sprawę jednak odłożono na później, jako że kraj odległy, a po wojnie potrzeba będzie rąk do pracy przy odbudowie zniszczonej Polski. Miesiące mijały, a wysiedleńcy tkwili w Isfahanie.

W maju 1944 roku, do Isfahanu dotarła informacja o zwycięskiej bitwie pod Monte Cassino. Rozbudziło to nadzieje Polaków na rychły powrót do ojczyzny. Niestety, marzenia te zostały bardzo szybko rozwiane przez ministra opieki społecznej Jana Stańczyka, który jasno dał do zrozumienia, że powrót do kraju, z powodu ciągle toczących się działań wojennych jest absolutnie wykluczony. Dodał również, że polskie obozy w Iranie zostaną niedługo rozwiązane. Zrodziło się pytanie – co zrobić z mieszkającymi tam sierotami? Wtedy po raz drugi przyszedł list zapraszający polskie dzieci do Nowej Zelandii. Klamka zapadła.

We wrześniu 1944 roku rozpoczął się transport polskich dzieci z Isfahanu do portu Chorramszahr nad Zatoką Perską. Tam czekał już na nich brytyjski handlowiec „Sontay”, zmierzający do Bombaju, gdzie mali Polacy mieli przesiąść się amerykański okręt „USS General Randall”, przystosowany do przewozu dużej liczby żołnierzy. Statek ten mógł jednocześnie pomieścić na swoim pokładzie blisko 6000 osób. Wśród nich znalazło się 733 dzieci i ich 105 opiekunów z Polski.

_IGP3875

Tablica upamiętniająca przybycie polskich dzieci do Nowej Zelandii – port w Wellington

Droga z Indii, przez Australię, do Nowej Zelandii trwała prawie dwa tygodnie. Nie było to jednak tylko spokojne przemierzanie oceanu w oczekiwaniu na port docelowy. Okręt płynął w eskorcie kilku jednostek zwiadowczych, których zadaniem było neutralizować japońskie łodzie podwodne, grasujące na tych wodach. Kurs zmieniano co kilkanaście minut, w efekcie czego jednostka płynęła zygzakiem, nadrabiając nieco w porównaniu do odległości dzielącej oba porty w linii prostej. Ale bezpieczeństwo przede wszystkim i choć jedna z torped otarła się pewnego dnia o statek, niedaleko australijskiego Zachodniego Wybrzeża, szczęśliwie obyło się bez dramatu. Dokładnie 31 października 1944 roku, „USS General Randall” wpłynął do portu w Wellington. Jednakże, z powodu popołudniowej pory, zejście pasażerów na ląd zostało odłożone na kolejny dzień. Ponad cztery i pół roku po pierwszej fali deportacji z Polski, po blisko dwóch tysiącach dni niepewności i tułaczki, grupa polskich dzieci dotarła wreszcie do Nowej Zelandii.

Dzieci miały tu przebywać jedynie do zakończenia wojny, a następnie wrócić do wyzwolonej Polski, pomagając przy odbudowie zniszczonego kraju. Rząd Polski na Uchodźstwie finansował kieszonkowe dla dzieci, a także pensje dla nauczycieli, dentystów i wszystkich innych opiekunów w obozie. Resztą zajmował się nowozelandzki rząd. Jednakże plan, a rzeczywistość – jak się później okazało – to były dwie kompletnie różne rzeczy.

_IGP3910

Pomnik ufundowany przez „dzieci z Pahiatua”, stojący dwa kilometry na południe od miasteczka, tam gdzie niegdyś znajdował się obóz

_IGP3898

A tu wkradł się błąd, bo do Nowej Zelandii przybyło 733 dzieci

_IGP3907 1 listopada 1944 roku, mali Polacy przedostali się pociągiem z Wellington do Palmerston North, a następnie po godzinnym oczekiwaniu na stacji, do Pahiatua, gdzie zorganizowano dla nich obóz, w miejscu gdzie niegdyś mieścił się tor wyścigów konnych, a następnie – podczas wojny – więzienie dla Niemców, Włochów i Samoańczyków niemieckiego pochodzenia. Całość została jednak odrestaurowana i przystosowana specjalnie na potrzeby polskich dzieci. Tego dnia zamknięto wszystkie szkoły w Palmerston North i Pahiatua, tak by miejscowa ludność mogła powitać przybyszów z bardzo odległego kraju. Na trasie pociągu wywieszono polskie flagi, a dookoła torów zebrało się mnóstwo wiwatujących ludzi. Dzieci z Palmerston North wręczały Polakom swoje zabawki, ubrania, cukierki i inne drobiazgi. W obozie przygotowano obiad, o którym same dzieci mówiły później, że takich porcji to jeszcze nigdy na własne oczy nie widziały. Pahiatua była gotowa przyjąć małych Polaków.

_IGP3913

Dwujęzyczna informacja nieopodal memoriału w Pahiatua, streszczająca to, co wydarzyło się tutaj od 1 listopada 1944 roku

_IGP3916

Polskie twarze w rzeczy samej – czyż nie?

Dzieci w obozie podzielono według płci, wieku i klasy do jakiej miały uczęszczać. W jednym bloku mieszkalnym znajdowało się 27 lub 29 łóżek, a każdy dzień miał swój harmonogram. Trochę jak na koloniach. Pobudka około siódmej, poranna toaleta i modlitwa, słanie łóżek i marszem na śniadanie. Szkoła rozpoczynała się o dziewiątej. Wszystki_IGP3914e zajęcia – oprócz języka angielskiego, którego uczyli Nowozelandczycy – prowadzone były w języku polskim. Również po polsku nazwano ulice w obozie – na cześć wybitnych Polaków. W ten sposób znalazła się tam ulica Sikorskiego, Piłsudskiego, czy Bora-Komorowskiego. Ale swe miejsce miała tu również – niejako w podzięce za udzieloną gościnę – ulica Kiwi. Równo w południe gwizdał gwizdek parowy w kotłowni, nazywany tutaj „Hudek” – tym razem na obiad. Codziennie wyznaczano dyżury przy wydawaniu obiadów i zmywaniu naczyń. Ci, którzy mieli akurat wolne, po obiedzie mieli chwilę dla siebie. Około 13:30 wracano na zajęcia szkolne, które trwały zazwyczaj do 15:00 lub 15:30. Po lekcjach zaczynał się czas wolny, a równo o 17:30 „Hudek” gwizdał na kolację. Po kolacji odbywało się sprzątanie, wieczorna modlitwa i apel. Soboty to był czas generalnego sprzątania, z kolei niedziela była dniem świętym. Po mszy odprawianej przez polskiego księdza, organizowano pokazy teatralne i widowiska taneczne. Był to jedyny dzień w tygodniu, kiedy obcy mogli odwiedzać obóz polskich dzieci w Pahiatua.

_IGP3928

Tak dzisiaj wygląda miejsce, w którym ponad 70 lat temu osiedlili się mali Polacy. Wszystkie budynki należące do obozu zostały rozebrane, a farma przeszła w prywatne ręce i służy dziś jako pastwisko dla owiec i bydła.

Po zakończeniu wojny w połowie 1945 roku, na podstawie umów jałtańskich okazało się, że Polska ponownie trafiła w ręce Stalina. Mało kto w Pahiatua chciał wracać do kraju oficjalnie zarządzanego przez tyrana, który zesłał całe rodziny na Syberię. Stało się jasne, że niewielka grupka dzieci w Pahiatua da początek polskiej społeczności w Nowej Zelandii. Koszty dalszego utrzymania obozu spadły w tym momencie w stu procentach na rząd nowozelandzki. Aby odciążyć nieco kraj, starsza młodzież przejęła obowiązki, wykonywane do tej pory przez nowozelandzkich żołnierzy. Ponadto, część dzieci podjęła naukę w konkretnym zawodzie – jak fryzjerstwo czy szewstwo – aby po jej zakończeniu zastąpić kolejnych żołnierzy na ich stanowiskach, a także uzyskać fach, który mógłby im pomóc w zawodowym starcie w przyszłości. Stopniowo, liczebność obozu malała, a polskie dzieci sukcesywnie wtapiały się w nowozelandzką społeczność. Część z nich poszła do tutejszych szkół średnich, a starsza część znalazła zatrudnienie na lokalnym rynku. W Pahiatua pozostawali tylko najmłodsi.

Koniec końców, do Polski wróciła jedynie garstka „Dzieci z Pahiatua”. Byli to w większości Ci, którzy mieli w kraju swoje rodziny i było do kogo wracać. Zdarzały się jednak przypadki, że jedno z rodzeństwa wracało do Polski, a drugie zostawało w Nowej Zelandii na stałe, gdzie warunki edukacyjne i pracownicze były na dużo wyższym poziomie. Szacuje się, że do naszego kraju z obozu w Pahiatua wróciło nie więcej niż 100 osób. Z drugiej jednak strony, część Polaków wybierała drogę w drugą stronę i przybywała do Nowej Zelandii, aby tu – wraz z rodziną przebywającą aktualnie w obozie – osiedlić się na stałe w kraju Kiwi. Determinowało to jednak potrzebę zabrania dziecka z obozu i utrzymywania go odtąd na własny koszt. Przez cały okres funkcjonowania obozu, do Nowej Zelandii przybyło w tym celu ponad 500 Polaków, aby razem z pozostałą resztą dać zalążek polskiej społeczności na końcu świata. Obóz polskich dzieci z Pahiatua został oficjalnie zamknięty 3 lutego 1949 roku, lecz ostatnie dzieci wyjechały z niego w połowie kwietnia tego samego roku.

Dziś, przeszło 70 lat po tym jak „USS General Randall” wpłynął do Wellingtońskiego portu, większość z jego polskich pasażerów już nie żyje. Ci, którzy pozostali mieszkają głównie w dużych ośrodkach miejskich w Auckland, Wellington i Christchurch. Pomoc jaką otrzymali od kraju, o którym nigdy wcześniej nie słyszeli jest nie do przecenienia. Co więcej, my Polacy, nie znamy tej historii. Nie uczą nas w szkołach o obozach polskich wysiedleńców w czasie drugiej wojny światowej. Potem jedziesz do takiej Nowej Zelandii i dowiadujesz się – całkiem zresztą przypadkiem, od lokalnej ludności – o dużej społeczności polskiej, żyjącej kilkadziesiąt lat temu na północ od Wellington. Ile razy w życiu, będąc za granicami kraju, minęliśmy na ulicy osobę o polskim pochodzeniu i o historii, na bazie której można by książki pisać? Ile razy rozmawialiśmy z kimś w obcym języku, a wystarczyłoby po polsku? Ile razy nam się to jeszcze zdarzy? Nie zdajemy sobie nawet sprawy jak wiele osób ma polskie korzenie, polsko brzmiące nazwisko, czy polskich członków rodziny na kilka pokoleń wstecz. Zatem przedstawiamy Wam historię „Dzieci z Pahiatua”, jedyne polsko-nowozelandzkie połączenie w historii jakie znamy. Oby wraz z odejściem ostatniego członka tej zacnej społeczności, słuch o nich nie zaginął.

_IGP3895

Parafia katolicka w Lower Hutt, 15 km na północ od Wellington. A w niej? Polska Msza Święta w każdą niedzielę o 11:30. Tak się akurat złożyło, że do stolicy NZ dotarliśmy w piątkowe popołudnie i nie mogliśmy odpuścić sobie polskiej mszy na końcu świata. W Kościele było nie więcej niż 35 osób, a średnia wieku (nie wliczając nas) wynosiła dobrze po sześćdziesiątce. Nie mamy pewności, ale postawilibyśmy na to dużo pieniędzy, że przynajmniej połowa z uczestników mszy to „dzieci z Pahiatua”, ich krewni lub osoby z nimi związane.

Ten post zapewne nigdy by nie powstał, gdyby nie Pan Józef Kubiak (jedno z „Dzieci z Pahiatua”) i cała jego rodzina z Christchurch. Szczególne podziękowania składamy na ręce żony pana Józefa – Marie, która swoją obecnością zawsze wprawiała nas w dobry nastrój i otaczała matczynym ciepłem, a także córkom pana Józefa – Krysi i Joannie – za wszystkie wspólnie przeżyte chwile, począwszy jeszcze od tych w Hanmer Springs. Chcielibyśmy podziękować za niesamowitą gościnę i trzy dni spędzone w wyśmienitym towarzystwie. Za wspólne oglądanie rodzinnych zdjęć. Za lody o smaku Hokey-Pokey. Za cytryny z ogrodu. Za krakersy z pomidorami i wszystkie słodkości, którymi nas rozpieszczano. Za film o Christchurch. Za czapkę i za szalik. Za książkę z dedykacją, którą traktujemy jak skarb. Za historię mrożącą krew w żyłach, opowiadaną z uśmiechem na ustach. Za wspólną Mszę Świętą. Za nocne zwiedzanie miasta. Ale najbardziej za to, że choć przez chwilę mogliśmy poczuć się z powrotem jak w domu.

Ten wpis powstał na bazie książki Dariusza Zdziecha, pt. „Pahiatua”, a także na podstawie opowieści pana Józefa Kubiaka z Christchurch, któremu bardzo dziękujemy i życzymy 100 lat życia w zdrowiu i szczęściu, a także wszystkiego co najlepsze dla całej jego rodziny.

2 odpowiedzi do artykułu “Opowieści z końca świata, odc. 4 – Dzieci z Pahiatua

  1. Agata - Nitki w drodze

    Niesamowita, a zarazem przerażająca historia. Niestety u nas w kraju nie mówi się wiele na ten temat… Baa, nie mówi się chyba w ogóle. Próbuję wczuć się w te emocje tych dzieci i absolutnie nie mogę pojąć tego co przeżyły i jak zakładaly swoje drugie domy… Gdzieś na końcu świata.
    Dziękuję Wam za ten wpis.
    Pozdrawiam!

    1. Zalatani Autor

      Oj tak, historia bardzo smutna, dla niektórych jednak zakończona ‚happy endem’. To niesamowite, że po tak traumatycznych przeżyciach pan Józef był w stanie żyć normalnie. Założył rodzinę, ma piątkę dzieci i niezwykle ciepłą żonę. Jednak co sami zauważyliśmy i co powiedziały nam córki pana Józefa, zawsze czuł silną więź z Polską. Chyba nigdy nie zapomnimy jak zostaliśmy przez niego przywitani. Wyściskał nas przed drzwiami do domu i od razu zaczął mówić po Polsku. Nie zważał ani na Panią Marie ani na córki, które zresztą nie znają polskiego :) Z tego co wiemy, pojawiło się kilka publikacji na ten temat, jednak rzeczywiście stosunkowo niewiele osób słyszało o Pahiatua. My lecąc do NZ nie wiedzieliśmy. Ehhh aż nam się za nimi zatęskniło…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress