Rinjani – niekończąca się historia

rinjaniRinjani obecny był w naszym planie podróży od samego początku, jeszcze na długo przed zakupem biletów lotniczych do Indonezji. Wiedzieliśmy, że trekking jest wymagający i wyczerpujący, a Bromo i Ijen nawet razem wzięte to pestka w porównaniu do tego. Przeczytaliśmy sporo opinii, których autorzy chórem wypowiadali się o tym, jak to ciężko jest zdobyć Rinjani i jak wiele łez i potu trzeba zostawić po drodze. Ale w końcu nie co dzień człowiek ogląda wschód słońca z poziomu ponad 3500 metrów. Heloooł! Zatem decyzja zapadła – idziemy! Jak się później okazało, nie wiedzieliśmy do końca, w co tak naprawdę się pakujemy.

rinjani1

Nasze olbrzymie lokum, w przeddzień rozpoczęcia wspinaczki na Rinjani. Łóżko, szafka i nic więcej. A takich łóżek weszło by tam z dziesięć.

rinjani2

Sedes jest, prysznic jest, duża miska do nie-wiadomo-czego jest i pewnie nawet papier by się na upartego znalazł w biurze. Ale już ciepłej wody brak…

Bazę wypadową na Rinjani stanowią dwie wioski – Senaru i Sembalun. W zależności od tego, gdzie rozpoczyna się trekking, pierwszego dnia czeka Cię odpowiednio las deszczowy albo sawanna. Startując z Senaru, szczyt zdobywa się ostatniego dnia, aby następnie zejść prosto do wioski, natomiast ruszając z Sembalun, na Rinjani wchodzi się drugiego dnia. Prawdopodobnie nie istnieje tutaj opcja lepsza i gorsza, czy jak kto woli łatwiejsza i trudniejsza. Niezależnie skąd zaczniesz, zapamiętasz ten trekking na długo.

 

Nasz plan zakładał start z wioski Sembalun, położonej na wysokości około 1000 metrów. Pierwszy dzień to jedna wielka wspinaczka pod górę. Początkowo trasa wiedzie przez dość płaską, nieocienioną sawannę, aby po dwóch godzinach marszu przejść w las. Zaczyna robić się stromo, a utwardzona droga przeistacza się w piaszczyste podejście. Tak jest już do samego końca, do położonego mniej więcej na wysokości 2600m punktu noclegowego. Docieramy tam około 17:00, kiedy dookoła rozkłada się właśnie małe miasteczko namiotowe. Chmury rozstępują się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i oczom zebranych ukazuje się Rinjani. Temperatura spada momentalnie, gdy ostatnie promienie słońca zachodzą za górami i nastaje noc. Dopiero teraz doceniamy nabyte dzień wcześniej rękawiczki. Kupowanie ich w trzydziestostopniowym upale, w kraju gdzie nie znają śniegu, wydawało nam się potrzebne jak mrówki w cukrze, ale okazało się, że była to świetna decyzja, bo ludzie w obozie śmigają nawet w skarpetkach na dłoniach, tak jest zimno. Żarty się skończyły. Termometr pokazuje 5 stopni Celsjusza, gdy kładziemy się spać kilka minut po dwudziestej, ubrani w zasadzie we wszystko co mamy w plecaku.

rinjani7

Widok na Rinjani z poziomu wioski Sembalun. Dopiero dwa dni później przekonaliśmy się, jak stromy jest ten ostatni kawałek, który majestatycznie zadziera do góry na samym szczycie.

rinjani16

Przyjrzyj się uważnie. Ci goście zasuwają w klapkach.

rinjani15

Droga z Sembalun wiedzie przez zielone łąki i to zdecydowanie najprzyjemniejsza część wyprawy. Pewnie dlatego, że najbardziej płaska.

rinjani19

Można dobrze wyglądać bez siłki? Trzeba tylko zasuwać dwa razy w tygodniu na Rinjani z wielkim koszem na plecach.

rinjani20

Podobno żarcie z prawdziwego ognia jest najbardziej energetyczne… pomyślimy o takim czajniczku po powrocie do Polski :)

rinjani25

Rest is the best xD

rinjani12 rinjani13 rinjani14 rinjani18 rinjani26 rinjani36Budzik dzwoni o 2:00. Śniadanie to kubek gorącej herbaty i kilka ciastek, co wystarcza może na pierwszy kwadrans podejścia pod górę. Dobrze mieć ze sobą banany, ciastka z czekoladą, orzeszki czy inne przekąski, bo droga na Rinjani nie jest usłana różami. Mały termos z herbatą też nie będzie głupim pomysłem. Trasa na szczyt dzieli się w zasadzie na cztery etapy. Na początku około godzinna wspinaczka, stromo pod górę, po piachu i kamieniach do krawędzi krateru. Następnie dość prosta, lekko nachylona droga, którą pokonuje się w pół godziny. Mniej więcej od 3000 metrów zaczyna robić się stromo, a piasek zostaje zastąpiony wulkanicznym pyłem i drobnymi kamieniami. Tempo marszu bardzo spada, miejscami trasa ma nie więcej niż dwa i pół metra szerokości, a po bokach prawie pionowe ściany w dół. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się jednak na 250 metrów przed szczytem. Nachylenie sięga tu nawet 45 stopni, dwa kroki w przód oznaczają jeden krok w tył, bo człowiek zsuwa się po kamieniach w dół. Ludzie podpierają się rękami, idą na czworaka, niektórzy siadają co kilka kroków, wycieńczeni wspinaczką. Tempo marszu to kilka, maksymalnie kilkanaście metrów na minutę, bo co chwila stop, żeby złapać oddech. Termometr pokazuje nam jeden stopień powyżej zera. Jest ciężko, dużo ciężej niż się spodziewaliśmy.

rinjani44

Najwyższy punkt na jakim przyszło nam do tej pory stanąć. Mogliśmy polec, ale nie polegliśmy ^_^

rinjani46

My i tylko my mogliśmy pożyczyć od Indonezyjczyków ich flagę, obrócić o 180 stopni i użyć jako swoją własną!

Po 3,5 godzinach od wyjścia z obozu nareszcie docieramy na miejsce. Na górze tłum. Dosłownie nie ma nawet gdzie usiąść, a kolejni zadowoleni z końca wspinaczki dobijają na szczyt. Co ciekawe, znaczną większość stanowią Indonezyjczycy, którzy okupują tabliczkę z napisem „Rinjani” i wypisaną na niej wysokością wulkanu. Z uśmiechem na ustach pożyczamy sobie ich flagę, obracamy o 180 stopni i pstrykamy fotki jak z naszą własną. Pierwsze oznaki dnia są już zauważalne na niebie. Podobno przy dobrej widoczności, z Rinjani widać wyspy Gili, a nawet Bali. W drodze na górę, w głowie kłębią się człowiekowi myśli, że można by przecież teraz smacznie spać, gdzieś niedaleko plaży z turkusową wodą, zamiast wylewać siódme poty na trekkingu. Jednakże, widoki po wschodzie słońca rekompensują trudy wspinaczki. Granatowe niebo, przechodzące w lazur, a następnie w błękit, dookoła olbrzymie połacie zieleni, no i znak rozpoznawalny Rinjani – jezioro i niewielki wulkan wewnątrz krateru. Wszystko to oświetlone przez słońce, które coraz śmielej wygląda zza horyzontu. Jest moc.

rinjani40 rinjani42 rinjani43

Wiele, wiele lat temu, Rinjani miał ponad 5000 metrów wysokości. Olbrzymia erupcja spowodowała zapadnięcie się wulkanu i osunięcie się form skalnych do jego wnętrza. Dziś, Rinjani sięga 3726 metrów nad poziom morza i jest drugim najwyższym wulkanem w Indonezji (ustępuje tylko Kerinci na Sumatrze – 3805m). Padające deszcze utworzyły w jego kraterze wspomniane wcześniej jezioro, a obok niego wyrósł nowy, niewielki wulkan, który nazwany został Gunung Baru, co po indonezyjsku znaczy Nowa Góra.

rinjani51 rinjani55 rinjani57 rinjani58 rinjani64 rinjani65Zejście ze szczytu do obozu zajmuje półtorej do dwóch godzin. Po standardowym indonezyjskim śniadaniu (naleśnik z bananem), czeka nas droga w dół do jeziora. Kolejne dwie godziny marszu po kamieniach i nierównościach. W tej chwili zaczynamy zastanawiać się co jest gorsze – wchodzenie czy schodzenie. Rekompensatą są za to gorące źródła, położone 10 minut drogi od jeziora, gdzie temperatura wody sięga nawet 35 stopni. Tak ciepłej nie lejemy sobie nawet do wanny. Rozwiązanie idealne i jedyne słuszne, bo w międzyczasie zaszło słońce i powietrze mocno się ochłodziło, a ponadto zgodnie stwierdziliśmy, że ostatni raz byliśmy tak brudni po wizycie u babci na działce 15 lat temu, więc kąpiel z myciem głowy należała nam się jak psu buda.

rinjani68 rinjani72Następnym punktem programu był obiad. Tradycyjnie, smażony ryż albo makaron z warzywami – nic nowego. Jakkolwiek, po takim wysiłku jesteś zmęczony jak koń po westernie i marzy Ci się tylko łóżko i ciepła pościel, dociera do Ciebie po chwili bolesna prawda – trzeba jeszcze wspiąć się ponownie 600 metrów do góry, w stronę Senaru, gdzie czeka już przygotowany namiot. Droga jest stroma i prowadzi po dużych kamieniach, pełniących rolę schodów. Na lewo pionowa ściana w dół i niesamowite widoki, na które jednak nie masz już siły patrzeć ze zmęczenia. Dziesiątki przerw i przekleństw, a zdajesz sobie sprawę, że jeszcze za to zapłaciłeś. Podejście za podejściem, wydaje się nie mieć końca. Kolejna niekończąca się tego dnia historia. Co pewien czas wyprzedzają nas porterzy z 30-kilowym koszem na barkach, biegnąc po tych stromiznach w klapkach albo całkiem bez butów sto razy szybciej od nas. To dodaje nam na chwilę powera. Ale tylko na chwilę. W oddali widać Rinjani i zdajemy sobie sprawę jaki kawał drogi tego dnia przeszliśmy. Tu nie istnieje pojęcie płaskiej ścieżki. Tu się albo wchodzi albo schodzi. Nie ma nic pomiędzy. Generalnie drugi dzień wspinaczki, startując z Sembalun jest naszym zdaniem mocno przeładowany. Wystarczyłoby zdobyć szczyt i zejść na dół do jeziora, a ostatniego dnia wspiąć się na krawędź i zejść do wioski.

rinjani73rinjani76rinjani78Trzeciego dnia było już z górki. Dosłownie. 4-5 godzin schodzenia po zalesionej, niezbyt stromej drodze w dół, do Senaru, gdzie dotarliśmy po jedenastej. Szczęściu, okrzykom radości i zarzekaniu się, że to ostatni w życiu trekking nie było końca. Udało się! Zdobyliśmy Rinjani. I była to definitywnie najtrudniejsza rzecz jaką w życiu zrobiliśmy.

Czy warto było? Z perspektywy czasu, odpowiedź brzmi: TAK. Pamięta się tylko dobre momenty i kapitalne widoki, a o złych zapomina. Jednak, gdyby zadać nam to pytanie drugiego dnia, podczas wchodzenia na krater, odpowiedź mogłaby być nieco inna.

rinjani81

Ekipa prawie w komplecie! A w tle zdobycz dnia – Rinjani!

Informacje praktyczne:

– Cena: wyjściowa kwota u większości organizatorów to około 1 500 000 rupii. Nie uwzględniamy tu biur podróży i pośredników, którzy na obiad serwują wygłodniałym uczestnikom hamburgery i udostępniają krzesełka wędkarskie, bo trasa i tak jest ta sama, a płacenie dwa razy więcej za to samo mija się z celem. Końcowa cena zależy od zdolności negocjacyjnych. Nie spotkaliśmy nikogo, kto zapłaciłby mniej niż 1 100 000 rupii, więc traktujemy tą cenę jako minimum.

– Co jest w cenie:

1. Transport wte i wewte – odbiorą Cie praktycznie z każdego miejsca na Lomboku przed trekkingiem, a następnie wyprutego podrzucą z powrotem w wybrane miejsce docelowe (najchętniej do promu na Gili, bo stosunkowo blisko. Nas zawieźli do Lembar, gdzie znajduje się przeprawa promowa na Bali, ale pokręcili trochę nosem, że daleko).

2. Pokój na noc przed trekkingiem – znośny, nieuzasadnienie duży i z lodowatą wodą w łazience. Słowem – indonezyjski standard. Posiłku w cenie brak.

3. Przewodnik

4. Porterzy – targają całe jedzenie, śpiwory, karimaty i namioty. Zasuwają w klapkach i są odporni na zimno. Szacun.

5. Bilet wstępu do Parku – w siedzibie Parku jest informacja, że opłata wynosi 150 000 rupii za dzień. To tak jakbyś chciał iść na własną rękę.

6. Jedzenie i woda – menu niezmienne przez pełne trzy dni. W kółko smażony ryż i makaron z warzywami.

– Co zabrać ze sobą:

1. Dobre buty

2. Kurtka

3. Rękawiczki – ratują dupsko

4. Swój prowiant i woda – „kto z sobą nosi, ten się nie prosi”

5. Latarka lub czołówka – absolutnie niezbędna rzecz ale przewodnik niesie ze sobą kilka zapasowych, więc w razie sklerozy można pożyczyć

6. Śpiwór – wprawdzie porterzy niosą dość przyzwoite śpiwory, ale przy temperaturze 4-5 stopni w ciągu nocy, każda dodatkowa warstwa jest na wagę złota. My wzięliśmy swoje i spaliśmy w dwóch śpiworach naraz. I tak było chłodno.

7. Mokre chusteczki – bardzo pomocne, szczególnie po zejściu z Rinjani, bo kurzy się niemiłosiernie.

4 odpowiedzi do artykułu “Rinjani – niekończąca się historia

  1. Paula

    Wysiłek nieziemski, to fakt! Ale później przy każdej trudniejszej sytuacji można sobie powtarzać „Na Rinjani dałam sobie radę, to teraz sobie nie poradzę?? ”
    Pozdrawiam i z nutką zazdrości czekam na dalsze wpisy :)

    1. Zalatani Autor

      Święta prawda, trzygodzinny trek w Bako, gdzie powietrze stoi i pocisz się nic nie robiąc wydawał się śmiesznie łatwy :) A jeszcze miesiąc wcześniej moglibyśmy powiedzieć, że jest hardkorowo 😛 Pozdrawiamy z Kuching, a nowy post postaramy się wrzucić tak szybko jak tylko pozwoli nam na to prędkość łącza 😀

  2. aschaaa

    wow wow wow a ja mialam dosc po ijen dwa tygodnie temu! uwielbiam Was czytac i czekam na kazdy wpis :)to ja pisalam do Ciebie krotko przed wyjazdem na forum fly4free. my dzis mamy ostatnia noc w singapurze a jutro juz lecumy do domu. wszytskiego dobrego!

    1. Zalatani Autor

      Nam też po Ijen wydawało się, że to był hardkorowy trek! Ale nie da się powiedzieć „stop” w środku Rinjani, zatem jak już się zdecydujesz, musisz zasuwać mimo wszystko. Dzięki za dobre słowo i bezpiecznej drogi do domu. Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress