Skuterem przez Płaskowyż Bolaven

Dzień 1

Miało być wcześniej, ale zawsze jest milion rzeczy do zrobienia przed takim tripem. Obkupieni w dwa arbuzy, dwa pomelo oraz papaję i obładowani trzema rożnymi plecakami opuściliśmy Pakse dopiero o 12:30 i pomknęliśmy nasza Hondą Wave na Bolaven. Na popołudnie zaplanowaliśmy sobie dwie atrakcje – wodospady Pasuam i plantacje kawy, z której zresztą Bolaven słynie.

Wodospady okazały się niczego sobie. Dużo wody i dużo huku. Kawałek dalej znajduje się natomiast wioska, w której żyją kobiety z dziurami w uszach. Niby w dzisiejszych czasach to już żadne tabu, bo czasem zdarza się na ulicy spotkać takich, co to można by im pięść przez ucho przełożyć, ale te babeczki robią to raczej z tradycji, aniżeli dla „mody”. Populacja wioski niewielka, bo młodszych wywiało do miasta, ale i tak warto tu zajrzeć. Ludzie zdają się żyć swoim tempem, a my jesteśmy dla nich tylko dodatkiem, a nie priorytetem. Zapakowaliśmy się na naszą czerwoną strzałę i ruszyliśmy dalej. Oczywiście przejechaliśmy plantacje kawy, bo chciałem wyznaczyć nowe trendy w matematyce i dodając 35 do 25 z niewiadomych przyczyn wyszło mi 70. W ten sposób, sugerując się licznikiem dojechaliśmy do jakiegoś miasteczka. Wyszło nawet nieźle, bo na miejscu okazało się, że złapaliśmy gumę. Jak i gdzie – cholera wie. Szczęśliwie w Azji chyba każdy ogarnia naprawy skuterów, a mechanika znajdziesz tu na każdym kroku.

_IGP2390raw

Tad Pasuam – „Tad” po laotańsku znaczy właśnie wodospad

_IGP2436raw

Wodospady Pasuam leżą nie dalej niż godzinę jazdy skuterem z Pakse

_IGP2441raw

Wjazd na teren kosztuje 10.000 kipów + 2.000 za skuter

_IGP2453raw

Te klocki ważą pewnie po 200 gramów sztuka!

g

Zwykle nie dajemy kasiory za tego typu „performensy”, ale ten jegomość skradł nasze serca i po prostu nie mogliśmy się powstrzymać

Po wymianie dętki, wróciliśmy na plantacje kawy, a że zaczęło zmierzchać, to postanowiliśmy zanocować w tamtejszym guesthousie u Mr. Vienga. Gość jest też rzekomo specem od kawy, wiec nazajutrz planowaliśmy rozpocząć dzień od soczystego espresso. Na miejscu okazało się jednak, że Mr. Vieng pojechał do Pakse i biznes jest zamknięty. Pięknie. Czyli jak Mr. Vieng opuszcza swą posiadłość, to wszystko diabli wzięli i spać już nie można. Czekało nas zatem 40 kilometrów do wioski Tad Lo.

Nocleg w Tad Lo to żaden problem. Miejscówki znajdują się na każdym kroku, ale jak przystało na „budget style” wybraliśmy Mama Pap. 25 tysięcy kipów za łóżko dwuosobowe, czyli na oko 3 dolce to słuszna cena za warunki jakie oferuje hostel. Strefa „dla gości” położona jest na pietrze i wygląda jak albański „dom publiczny” rodem z „Taken”. Kto oglądał ten wie o co chodzi. Zdjęcie poniżej. Niemniej, spało się wybornie.

_IGP2482raw

Czyż to nie mógłby być kadr z filmu „Taken”?

Dzień 2

Dookoła Tad Lo znajdują się trzy wodospady. Pierwszy, przy moście w centralnej części wioski. Czasem służy też jako pralnia i prysznic dla lokalnych. Drugi, dwa kilometry za wioską. Kawał wodospadu szczerze mówiąc. Można się kąpać, a ze szczytu podobno można nawet skakać. Nie wiem skąd, ale skądkolwiek by to nie było, to trzeba mieć jaja, żeby się odważyć. Trzeci wodospad znajduje się osiem kilometrów dalej. Lokalni twierdzą, że nie padało od trzech tygodni, stad wodospad wygląda jak cienki sik i żaden to szczególny widok, tym bardziej, że prowadzi do niego 45-minutowa droga po kamieniach. W tym miejscu Laos zarobił dodatkowo pierwszą grubą krechę, bo lokalne dzieci, które samozwańczo ogłosiły się naszymi przewodnikami zażądały na koniec „money”. Za naukę się brać, a nie głupoty w głowie. Tresowanych dzieci nie lubimy najbardziej.

_IGP2487raw

Wodospady w Tad Lo

_IGP2535raw

Rzekomo można stąd skakać…

_IGP2571raw

Cienki jak sik wodospad Tad Soung. Szkoda czasu.

Następnie pojechaliśmy do wioski Katu, aby znaleźć Mr. Hook’a. Odszukanie go samo w sobie okazało się być przygodą, bo nikt w wiosce nie wiedział gdzie ów jegomość może się aktualnie znajdować. Już mieliśmy odjeżdżać, gdy Mr. Hook znalazł się sam. Dobrze się stało, bo naopowiadał nam takich rzeczy o wiosce, w której mieszka, że do dziś zastanawiamy się na ile to prawda, a na ile ściemniał. No bo kto by przypuszczał, że w XXI wieku, mając nie dalej niż trzy rzuty beretem do miasta, w Katu nadal rządzi szaman, który winnych osądza poprzez wbicie noża w garnek z ryżem. Jak nóż upadnie – jesteś niewinny, jak stanie w ryżu – żałuj za grzechy, boś ewidentnie przeskrobał. Sam Mr. Hook tez jest nieźle pokręcony, bo poza tym, że jako jedyny we wsi zna angielski (był przecie w Australii i w Bangkoku), to jeszcze rozgadał się o swoich miłosnych podbojach w stolicy Tajlandii. Od tego czasu tak mu się to spodobało, że doliczyć się już nie może czy to sto czy już dwieście. Podobno trafiła się też jakaś Grażyna… Niemniej, szaman odkrył winę Mr. Hook’a, po tym jak pewnego razu jego nóż został w ryżu i teraz Mr. Hook ma pozamiatane. W gości do nikogo pójść nie może, bo przynosi pecha. Z wioski do miasta tylko z eskortą jeździ, a jak jeszcze raz szaman nakryje go na brojeniu to podobno ma już obiecaną wieczną banicję. Ale wesoło było, trzeba przyznać. Mr. Hook pokazał nam wiecznie suchego liścia, jedliśmy razem czerwone mrówki i strzelaliśmy z trawy, którą rzekomo można zabić człowieka.

_IGP2592raw

Wiecznie suchy liść :)

_IGP2608raw

Mr. Hook we własnej osobie :)

_IGP2611raw_IGP2596raw _IGP2599raw _IGP2607raw Dzień 3

Smutny humor złapał nas z samego rana, bo nie padało od trzech tygodni, a sprawdziliśmy pogodę i na następne trzy dni zapowiadają srogie lanie. Chmury zdawały się jakby potwierdzać tą teorie, wiec zamiast dużej pętli decydujemy się zrobić małą. Do Paksong dojeżdżamy w okolicach południa i wpadamy do CPC, czyli sklepu herbaciano-kawowego. Mieliśmy kupić jakiś drobny suwenir, ale kawa okazuje się kwaśna, a herbata z trawą cytrynową to jakieś siuśki, więc z zakupów nici. Za to w okolicy podobno znajdują się cztery wodospady. Wstęp do każdego z nich kosztuje, wiec nie ma co na oślep zaliczać wszystkich, tylko wybrać sobie jeden-dwa i przyendżojowac. Padło na Tad Champi. Dobry wybór, tylko pogoda do bani. Tak przyendżojowalismy, że większość czasu spędziliśmy pod drzewem, chroniąc nasze tyłki przed ulewą. Popołudniem tak się zaniosło, że do Pakse wróciliśmy przemoczeni do suchej nitki.

_IGP2622raw

Biała herbata. Droższa od czarnej o jakieś 15 razy…

_IGP2625raw

Kto wiedział jak rosną ananasy, czyli NIE na drzewach – ręka w górę :)

_IGP2669

Wodospad Tad Champi

Info praktyczne
  • skuter kosztuje 50-60 tysięcy kipów za dobę;
  • stacje benzynowe na Bolaven są na każdym kroku (nie ma za to paliwa w butelkach);
  • pełen bak to koszt 23-25 tys. kipów i wystarcza na około 100-120 kilometrów;
  • drogi są w rewelacyjnym stanie;
  • wymiana dętki: 25 tys. kipów;
  • nocleg w Tad Lo – Mama Pap: 25 tys. kipów za łóżko; inne noclegi od 40 tysięcy w górę;
  • wodospady w Tad Lo są darmowe;
  • wstęp na wodospady Pasuam – 10 tys./os. + 2 tys. za skuter;
  • wstęp na wodospady Tad Champi – 5 tys./os. + 3 tys. za skuter;
  • wycieczka z Mr. Hookiem po Katu Village – 15 tys./os.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress