Tam gdzie kończy się kasa, zaczyna się myślenie

Finansowy armageddon – tak w skrócie można by określić nasz miesięczny australijski trip. Wszystkie obliczenia, kalkulacje, cały plan, budżet i research poszły się walić w tym samym momencie, w którym zdecydowaliśmy się zapłacić mocno nie-backpackerską kwotę za 4-dniowy liveaboard na Great Barrier Reef. Nie żałujemy ani chwili spędzonej na łodzi, ale w efekcie wylądowaliśmy w Darwin z prawie pustym kontem przeznaczonym na Australię, a do samolotu odlatującego do Indonezji pozostało nam jeszcze 10 dni. Trzeba było ruszyć inne konto, takie „nie do ruszenia” i tanim kosztem wynająć auto, aby zjechać okolicę, żywiąc się po drodze owocami, masłem orzechowym, makaronem i ryżem.

_IGP8724

Pogromca szos w pełnej okazałości. Klimy brak, a na zewnątrz pewnie z 50 stopni.

23 naprawdę fajne dni w Australii minęły spokojnie. Aż nadszedł poniedziałek w Parku Narodowym Kakadu, początkowo wcale nie mniej fajny. Nie wiem czy to jeszcze pod wpływem ekscytacji ogarniającej mnie po zobaczeniu Jim Jim Falls, czy tym, że kangury jeden za drugim skakały poboczem, ale cofałem na parkingu i zwyczajnie wjechałem w drzewo. Jedno jedyne, chude drzewo na całym zakichanym parkingu. Do dziś zastanawiam się jak ta szyba pękła… Przecież koło zapasowe wisi na tylnej klapie, a pięć na godzinę to nie prędkość. Żeby to jeszcze ktoś w nas wjechał, albo jakiś konar spadł na auto… ale nie. Sprawca – ja. Ubezpieczenie oczywiście było, ale jak to bywa w przypadku tanich i lichych wypożyczalni, obejmowało tylko szybę przednią. Nie mogło się to przecież stać przy poprzednim wynajmie, gdy mieliśmy pełne ubezpieczenie. Nie wiem, które to z Praw Murphy’ego ale na pewno jedno z bardziej pospolitych.
Momentalnie zaczęło się wertowanie umowy, ustalanie wspólnej wersji i czytanie drobnego druku. Szybko stało się jasne, że nie ma żadnych okoliczności łagodzących i wszystkie wykluczenia w umowie jak wół wskazują, że będziemy ostro bulić. Jakby tego było mało to zasięgu brak, a przed nami ponad 50 kilometrów szutrowej drogi do najbliższego asfaltu.

20150907_183839

Tak wyglądał nasz wehikuł świeżo po spotkaniu z drzewem

Z takimi rzeczami najlepiej jest się czasem przespać. Rano postanowiliśmy złapać sygnał i poinformować wypożyczalnię o tym co zaszło. Uwierzcie nam lub nie, ale przejechaliśmy ponad 300 kilometrów w stronę Darwin, a zasięgu jak nie było tak nie ma. Wkurzeni na cały świat stwierdziliśmy, że żadna głupia szyba nie zepsuje nam „wakacji” i odbiliśmy w bok, w stronę wodospadów w Litchfield, bo do końca wynajmu jeszcze 4 pełne dni, a zwrot kasy w przypadku wcześniejszego oddania auta oczywiście nie wchodzi w grę. Tak minął nam wtorek i środa.

W czwartek pora już było na dobre kierować się w stronę Darwin. Jakieś 100 kilometrów dalej złapaliśmy nareszcie sygnał i mogliśmy zadzwonić do wypożyczalni. Ale żeby nie było za prosto, to dodzwoniliśmy się na ogólnokrajową infolinię, do działu rezerwacji. Po kolejnych dwóch minutach stało się jasne, że bezpośredni numer do biura w Darwin nie istnieje i żeby poinformować kogokolwiek co się stało, musimy stawić się tam osobiście. Po drodze, jakoś tak przypadkiem zaczęliśmy czytać opinie o tej nieszczęsnej wypożyczalni i włosy same zaczęły lecieć nam z głowy. Same negatywy, zero pozytywów i teksty typu: „trzymaj się z daleka”, „musisz być głupi, żeby decydować się na wynajem w Wicked Campers” czy „za wszelką cenę unikaj, a szczególnie w Darwin” sprawiły, że zaczęliśmy się naprawdę ostro pocić na myśl o wycenie szkody.

_IGP9111

Pacjent do wstawienia nowej szyby przez 3 dni jeździł po Australii z workiem na śmieci na plecach

Żeby zweryfikować na ile mogą nas skasować w wypożyczalni, postanowiliśmy zrobić drobny research na własną rękę i obdzwonić kilka firm zajmujących się wymianą szyb w okolicy. Pracowałem chwilę w wypożyczalni w Polsce i ciągle z tyłu głowy pamiętałem, że wynajmy wynajmami, ale zawsze najlepiej firma zarabiała na drobnych stłuczkach, a wyceny niewielkich szkód potrafiły czasem mocno człowieka zdziwić. Zatem szyba szybą, do tego robocizna i Bóg jeden wie co jeszcze, czy nie policzą sobie jakiejś fatyga fee, taka fee, sraka fee i spokojnie mamy czterocyfrową sumę, tym bardziej że do bazowej ceny za wynajem dodali nam chyba ze cztery ekstra opłaty, o których naturalnie na początku nie było ani słowa, to do wyceny szkody mogą sobie dodać osiem czy dziewięć i zasłonić się umową czy czymkolwiek, a my moglibyśmy tylko bezczynnie patrzeć i płakać. I wtedy w słuchawce padły słowa: „tak, mamy tą szybę na stanie i moglibyśmy ją zamontować jutro z samego rana.” Mają szybę i mogą ją jutro wstawić. Jutro jest też dniem zwrotu samochodu, ale mamy przecież czas do 16:00. Wybiegliśmy ile sił w nogach z supermarketu, bo tylko tam klima w Darwin umożliwia normalną egzystencję i pognaliśmy jak szaleni do tego zakładu, aby upewnić się, że szyba na bank pasuje do naszego modelu. Po drodze w sekundę podjęliśmy decyzję z jednej strony szaloną i znaną nam tylko z filmów pokroju Kac Vegas, a z drugiej strony jedyną ratującą nasz budżet, naszego azjatyckiego tripa i nasze australijskie banknoty – postanowiliśmy wstawić nową szybę na własną rękę, oddać auto jak gdyby nigdy nic i modlić się, żeby nikt w biurze się nie kapnął.

Sama szyba to jednak nie wszystko. Po pierwsze była przyciemniona, a po drugie były na niej napisy. O ile z pierwszą kwestią dość łatwo można sobie poradzić, bo przecież przyciemnialiśmy już okna w Tweety w Nowej Zelandii, o tyle napisy stanowią już większy problem. Obskoczyliśmy cały sklep z tanimi akcesoriami do samochodów, ale znaleźliśmy tylko stickery z ogniami, pseudo-tribale, pół-nagie postaci z kreskówek i tabliczki z napisem „na sprzedaż”. Podczas gdy ja buszowałem po dziale z foliami do przyciemniania szyb, Natalia aktywnie penetrowała Internet, celem znalezienia jakiegoś magika w okolicy, który na jutro zrobi nam trzy napisy na tylną szybę. W takich przypadkach albo masz pecha i nic się nie układa i pozostaje już tylko siąść i płakać, albo wszystko łączy się jak puzzle w jedną całość. Za nas chyba całe niebiosa trzymały kciuki, bo Nati w pięć minut znalazła firmę robiącą naklejki na samochody i to dokładnie naprzeciwko zakładu wstawiającego szyby. Ale żeby to było gdzieś po skosie, na innej ulicy, czy 300 metrów dalej. Nie, po prostu przez ulicę. Na upartego moglibyśmy ten samochód nawet przepchnąć, gdyby zaszła taka potrzeba. Koleś na początku nie chciał się zgodzić, zasłaniając się nawałem pracy, ale przekonaliśmy go, że to pilna sprawa, a w dodatku sami znajdziemy czcionki na ten cholerny napis.

_IGP9114

Nati-szef przygotowuje szybę pod przyciemnienie

Nadszedł piątek. Punkt ósma z naszej fury zniknął duży wór na śmieci, robiący za tylną szybę, a kwadrans później Toyota stała już odstawiona na parkingu, czekając aż wyschnie klej, zacnie prezentując się w nowym szkle. Nałożenie folii przyciemniającej zajęło nam około 45 minut. Robota wykonana lepiej niż oryginał, który bankowo musiał być montowany po nocy w garażu, przy butli taniego wina, bo takich bąbli jakie były na szybie przed wypadkiem to już dawno nie widzieliśmy. O 13:00 przyjechał Ben, człowiek od napisów, który gdy tylko dowiedział się, że właśnie samodzielnie przyciemniliśmy szybę pod jego pracownią, zaczął się śmiać, wypytując nas gdzie rodzą się takie pomysłowe łby. O 14:00 robota była skończona. Pozostało nam 20 kilometrów do Darwin i trzymanie kciuków żeby się udało. Czcionka nieco inna, bo identyczna była płatna, szyba jakby ciut ciemniejsza, a napisy wyglądały zdecydowanie za nowo. Wzięliśmy zatem garść piachu, ubrudziliśmy tak, żeby wyglądało na używane i pewni siebie podjechaliśmy pod biuro wypożyczalni na pół godziny przed fajrantem.

20150911_121025

Szyba gotowa. Można się przeglądać.

Szczerze mówiąc, byliby chyba mistrzami spostrzegawczości gdyby kapnęli się w biurze, że coś jest nie tak. Obejrzeli auto z zewnątrz, spisali licznik i nawet się nie zająknęli o tył, bo jeszcze sprzątnęliśmy w środku, żeby wyglądało profi. Luz, spokój i uśmiech od ucha do ucha, a wewnątrz się człowiek gotuje z nerwów i dygocze jakby miał palpitacje serca. To takie uczucie jak czekać na rodziców po wywiadówce z marnymi ocenami, o których „zapomniałeś” wspomnieć. Niby spoko, przecież zdajesz i świat się nie kończy, ale nie jest to szczyt marzeń i szczerze mówiąc te lachy od góry do dołu znikąd się nie wzięły.

rav4

Znajdź pięć różnić…

Udało się! Koniec końców opuściliśmy wypożyczalnię w dobrych nastrojach. Na dobrą sprawę to tyłki uratował nam fatalny zasięg komórkowy w Vodafone. W przeciwnym razie na bank zgłosilibyśmy szkodę wcześniej i z Australii polecieli pewnie prosto do domu z podkulonymi ogonami. Z drugiej strony mają całkiem nową szybę, z bialutkimi napisami i przyciemnioną o sto razy lepiej niż wcześniej, więc powinni się cieszyć i jeszcze nam za to podziękować… :)

———————————————————————————————————————————

Jeśli chodzi o samą wypożyczalnię Wicked Campers to proponujemy każdemu trzymać się od niej z daleka. Lepiej dopłacić parę groszy i wynająć auto w porządnej firmie.

Po pierwsze, kuchenka którą dostaliśmy praktycznie nie działała. Ugotowanie wody na herbatę trwało dobre 30-40 minut, a na zrobienie ryżu spokojnie trzeba było rezerwować ponad godzinę.

Po drugie, naczynia i sztućce dostaliśmy tak ubrudzone, że z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że przez ostatni miesiąc leżały gdzieś w garażu. Co więcej, poradzono nam je własnoręcznie umyć przed pierwszym użyciem. Miło z ich strony :)

Po trzecie, w baku było tak pusto, że się człowiek zastanawiał czy dojedzie na stację za rogiem.

Po czwarte, do bazowej ceny za każdy dzień wynajmu dochodzi jeszcze milion różnych, ukrytych opłat, które skutecznie podbijają końcową kwotę.

Po piąte, nie ma możliwości wykupienia pełnego ubezpieczenia. To które mieliśmy – najpełniejsze z pełnych – obejmowało tylko szybę przednią i dwie opony, a kosztowało nas 40 dolarów za dobę, czyli więcej niż pełne ubezpieczenie, np. w Jucy.

Po szóste, takiego syfu jak mają w biurze w Darwin to nie ma nawet po porządnej imprezie.

Jest to na pewno najtańsza wypożyczalnia w Darwin, ale w tym wypadku najtańszy nie znaczy wcale wart swojej ceny. Nawet gościu, który wymieniał nam szybę określił ich mianem „podejrzanych” i stwierdził, że dobrze robimy wstawiając szybę na własną rękę, bo w przeciwnym razie wykorzystaliby sytuację i skasowali nas jak za zboże. Wszystko w temacie :)

8 odpowiedzi do artykułu “Tam gdzie kończy się kasa, zaczyna się myślenie

      1. opt1c5

        U nas wypożyczalnia się chyba pogubiła w papierach, bo nic nas nie skasowała mimo braku ubezpieczania. Mieliśmy ubezpieczenie w innej firmie, więc nie wiadomo jak by się to zakończyło. Niestety nie można było wymienić samej szyby, trzeba było z dachem, bo to był kabriolet.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress