Uwaga na smoki

komododragonSą ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego. Szczęka uzbrojona w sześćdziesiąt, ponad centymetrowej długości zębów sprawia, że nie mają żadnych naturalnych wrogów. Potrafią biegać z prędkością nawet 18 km/h i bardzo zwinnie wdrapują się na drzewa. Grube, dochodzące do 3 metrów cielska, pokrywają twarde jak stal łuski, a siłę uderzenia ogona można spokojnie mierzyć w setkach kilogramów. Zaatakują wszystko i każdego, gdy zajdzie taka potrzeba. Człowiek nie ma z nimi żadnych szans w bezpośrednim starciu. Poznajcie największą jaszczurkę na świecie – Warana z Komodo, znanego też jako Smok z Komodo. Żeby zobaczyć tą bestię, trzeba przyjechać aż do Indonezji, na wyspę Flores, skąd już tylko kawałek do jedynego ocalałego sanktuarium tych zagrożonych wyginięciem zwierząt – Parku Narodowego Komodo.

Lądując w Labuan Bajo, już na dzień dobry wita Cię wielka, drewniana figurka warana. To nieodłączony element miasteczka, a ludzie zewsząd wołają i machają do Ciebie, pokazując zdjęcia tych wielkich jaszczurów, zapraszając na wspólną wycieczkę. Wystarczy przejść się po głównej ulicy, żeby przekonać się, że w wiosce istnieją tylko dwa tematy przewodnie – nurkowanie i smoki.

Wariantów na zobaczenie waranów jest tyle ile dusza zapragnie, od jednodniowej wycieczki do prawie tygodniowego tripu przez wszystkie okoliczne wyspy i miejscówki do snurkowania. Można zaokrętować się na najprostszej łajbie z prowizoryczną kuchnią, a można również wynająć perłę mórz i oceanów, statek rodem z Hollywood, z osobnymi kabinami. Wszystko jak zawsze zależy od zasobności portfela. A że nasz do grubych w podróży nie należy, postanowiliśmy wybrać dwudniowy wypad na Rincę i Komodo, połączony ze snurkowaniem na Pink Beach i Manta Point oraz noclegiem na łodzi niedaleko Wyspy Latających Lisów. Taka przyjemność kosztuje minimum 700 tysięcy rupii, pod warunkiem, że nie szukasz tak jak my, późnym wieczorem, w przeddzień wyjazdu, gdy połowa z agencji jest już pozamykana, a wszystkie rozsądne łodzie są zabukowane. Zadowoleni, że udało nam się znaleźć cokolwiek, uregulowaliśmy rachunek opiewający na 900 tysięcy za osobę obiecując, że nie piśniemy nawet słówka o cenie innym uczestnikom, którzy zapłacili po trzy stówy więcej od łebka i następnego dnia rano wypłynęliśmy z portu w Labuan Bajo.

_IGP4148 _IGP4150 _IGP4152Na łodzi 6 osób. I jak się w nocy okazało, jeszcze kilka szczurów. Oprócz nas także portugalsko-włoska para, kapitan i jego pomagier. Szkoda tylko, że tych dwóch ostatnich nie mówiło po angielsku i nikt nie raczył nas poinformować o tym dzień wcześniej, że będziemy zmuszeni komunikować się z załogą za pomocą międzynarodowego języka gestów i ruchów. Życie. Po dwóch godzinach wyszliśmy na ląd na Rince i skierowaliśmy nasze kroki do biura pobierającego różnego rodzaju haracze, bo warto wspomnieć, że do podstawowej ceny za wycieczkę, należy jeszcze dorzucić kilka opłat:

_IGP4184

Nasz szef z kijem, do odganiania co większych jaszczurek. Wierzycie, że to działa?

– 20 000/os. – bilet wstępu (ważny trzy dni, na terenie całego Parku Narodowego)
– 50 000/os. – jakiś śmieszny podatek, nie wiadomo nawet za co
– 80 000 – przewodnik, max 5 osób (jeśli wybierasz się zarówno na Rincę, jak i na Komodo to musisz policzyć przewodnika na obu wyspach)
– 50 000 – water vehicle, wnosimy, że to opłata za parking dla łodzi, która nas tu przywiozła
– 50 000 – opłata za aparat fotograficzny – kolejna śmieszna rzecz, na której żerują lokalesi, bo wiedzą, że turysta bez aparatu się tu nie pojawia. Tyle, że nikt tego nie sprawdza, więc jeśli masz gdzie schować pstrykadełko to możesz spróbować uniknąć tej opłaty.
– 150 000 – opłata za kamerę – tak informacyjnie – bardziej, żeby się pośmiać.

Lżejsi o dodatkowych kilkaset tysięcy rupii, z przewodnikiem pozbawionym części zębów ale uzbrojonym w kij, przypominający taki do nabijania kiełbasek p_IGP4200ieczonych na ognisku, ruszyliśmy przed siebie na poszukiwanie smoków. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze opuścić strefy budynków gospodarczych, gdy trzy warany wypełzły zza jednego z nich – jeden duży, ponad dwumetrowy i dwa małe, nie dłuższe niż metr. Ewidentnie mama wybrała się z dziećmi na spacer. Idziemy dalej. Początkowo droga wiedzie przez las, gdzie spotkaliśmy jeszcze jednego, dość dużego jaszczura, pilnującego swojego gniazda. Następnie trasa przechodzi w sawannę i wędrujemy delikatnie pod górę, żeby wspiąć się na najwyższy szczyt Rincy, skąd widać całą zatokę i położony w oddali port. Widoki rekompensują fakt, że lepimy się od potu, bo pogoda wyraźnie dopisuje tego dnia. Kawałek dalej, w cieniu jedynego drzewa w promieniu kilkudziesięciu metrów śpi sobie kolejny waran. Skurczybyk ma śmiało ponad dwa metry! Nie da się przejść obojętnie obok takiego kozaka, który jednym ruchem szczęki byłby w stanie odgryźć Ci kawał nogi. Cały trekking na Rincy trwa około dwóch godzin, choć my nazwalibyśmy to raczej spacerem. Pakujemy się na łódkę i ruszamy dalej.

_IGP4158 _IGP4163 _IGP4164 _IGP4178 _IGP4191 _IGP4202_IGP4222 _IGP4237Następnym przystankiem jest Pink Beach. Nazwa wzięła się od tego, że woda wyrzuca na brzeg drobno pokruszone kawałki czerwonego koralowca, który w połączeniu z jasnożółtym piaskiem faktycznie daje efekt różu i plaża z daleka wygląda na różową. Samo snurkowanie nie należy z pewnością do najgorszych, ale mając w pamięci wczorajsze nurkowanie z rekinami to zupełnie inna półka i nudzi się już po dwóch minutach. Niemniej pod wodą pływa sporo kolorowej drobnicy, a fale są na tyle wysokie, że zachęcą także początkujących surferów, tak więc na Pink Beach można posiedzieć chwilę dłużej, tym bardziej, że następny etap podróży prowadzi już do miejsca gdzie rzucona zostaje kotwica, niedaleko Wyspy Latających Lisów. Jako, że kapitan ni w ząb po angielsku, to musieliśmy dopytywać się, cóż to są te lisy lokalnego sprzedawcę drewnianych figurek, który podpłynął do nas na swojej łodzi. I choćby nam opowiadał o zwierzętach wielkości słonia, mieniących się tak jak plaża na różowo, to nie jesteśmy Wam w stanie powiedzieć jak ten latający lis wygląda, bo najzwyczajniej w świecie nie pojawił się żaden. Z Internetu wiemy, że to podobno jakiś rodzaj lokalnego nietoperza. Ale za to spełniliśmy jedno ze swoich dziecięcych marzeń i spędziliśmy noc na łodzi na środku morza – teraz czas na własny domek na drzewie :)

_IGP4213Następnego dnia, wcześnie rano zjawiliśmy się na wyspie Komodo. Zaczęło się podobnie jak wczoraj, czyli od smoka niedaleko miejscowej kuchni, który leżał w cieniu pozując elegancko do zdjęć. Parę kroków dalej trafiliśmy na jeszcze jednego, mniejszego, który uciekł przed nami na drzewo. Tchórz! Potem było sporo jeleni i lokalnych kogutów, ale ani jednego smoka. Po zrobieniu dwugodzinnej rundki dookoła wyspy, wróciliśmy do punktu wyjścia, gdzie akurat natrafiliśmy na jednego jaszczura, wychodzącego właśnie z pomieszczenia, które niegdyś zapewne było łazienką. Cóż to musi być za frajda, gdy goniąc za potrzebą otwierasz drzwi do ubikacji, a naprzeciw Ciebie staje półtorametrowy waran z Komodo. Atrakcja jakich mało. Niemniej ataki na ludzi policzyć można na palcach jednej ręki i są to raczej nieszczęśliwe przypadki spotkania warana tam gdzie teoretycznie nie powinno go być, niż celowe działanie jaszczura mające na celu wyraźny atak. Nie jesteśmy jednak pewni czy w razie konfrontacji ze smokiem, teoria o położeniu się na glebie i udawaniu martwego ma tutaj rację bytu.

_IGP4247Kolejny punkt programu to snurkowanie na Manta Point. Jeśli kapitan wie gdzie szukać i masz nieco szczęścia to może będzie Ci dane zobaczyć te ryby, ale jeśli szef Twojej łajby nie mówi nawet po angielsku to musisz zdać się na ślepy los. Nasz chciał, że pomimo godzinnego pływania tu i ówdzie, zobaczyliśmy tylko dwa żółwie i kilka ciekawych rybek. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. W oddali, nie więcej niż kwadrans drogi łódką ujrzeliśmy bezludną wyspę jakiej nie powstydziłby się sam Robinson Crusoe. Staraliśmy się przekonać kapitana, żeby zabrał nas tam w zamian za dalsze, bezcelowe poszukiwanie mant, ale wiecie jak to jest gadać do ściany, bo przecież my po indonezyjsku to nauczyliśmy się zaledwie kilku liczebników, przydatnych podczas targowania się. Wtedy nasz kapitan wziął sprawy w swoje ręce i również widząc, że z rozmowy nici, wyjął z kieszeni starą motorolę i wykręcił numer do szefa. Wierzcie lub nie, ten telefon pamiętał jeszcze czasy czarno-białych tapet i monofonicznych dzwonków, ale w akcji sprawdził się pierwszorzędnie. Możecie mieć te swoje smartfony i ajfony, ale nie ma to jak dobry klocek, w którym bateria trzyma do tygodnia. Wracając do tematu, wyjaśniliśmy właścicielowi, że zaszła nagła potrzeba zmiany planu i chcemy podpłynąć na wyspę, którą widzimy w oddali. Ten wyjaśnił kapitanowi o co kaman i chwilę później skakaliśmy już do wody kilkadziesiąt metrów od wyspy. Cóż tam był za koral, jakie kolory, ile ryb i jakie niesamowite rozgwiazdy. No i ta świadomość, że na tym niewielkim kawałku lądu nie ma absolutnie nikogo poza nami. Woda przy brzegu miała chyba ze czterdzieści stopni, a na określenie jej koloru ciężko znaleźć jest odpowiedni przymiotnik. Szkoda tylko, że aparat został na łodzi, bo łódź nie mogła zbliżyć się do wyspy, ze względu na koral.

_IGP4287

„Nasza” bezludna wyspa

GOPR7364 GOPR7367 GOPR7482Czy warto jechać na Komodo? Pewnie. Jedyna szansa na naszej planecie, żeby zobaczyć warany w naturalnym środowisku, tym bardziej, że gatunek zagrożony jest wyginięciem, a populacja w ostatnich latach znacznie zmalała. Generalnie Labuan Bajo na Flores jest świetną bazą wypadową na eksplorację wyspy lub na nurkowanie na pobliskich wodach i nie ma takich tłumów jak chociażby na Bali. Do czasu. Spiesz się.

6 odpowiedzi do artykułu “Uwaga na smoki

  1. aschaaa

    hello! podczytuje sobie waszego bloga od pewnego czasu (pamietasz kiedys w wiadomosci prywatnej na fly4free prosilam o linka) 😀 my wrocilismy z Indonezji juz dawno (31.08) i warany tez widzielismy. Mielismy zarezerwowana podroz statkiem (4dni, 3noce) z Labuan Bajo az do Lombok. podczas pisania maili z „biurem” jeszcze dzien wczesniej mowili zeby przyjechac w czwartek, bo w piatek rano startujemy. kiedy dolecielismy okazalao sie ze nie poplyniemy bo 3dni wczesniej zatonela lodz na tej drodze do lombok i nie moga plynac. Panika bo nikt nas nie chce wziasc na Lombok a w poniedzialek o 14 wylatuje nasz samolot do Singapuru! Ze stresu nabawilam sie grypy zoladkowej i zaczelam tak wymiotowac, ze nie przeszlam spokojnie jednego metra. Maz znalazl kogos kto wzial nas na lodz, start – TERAZ! masa stresu, troche kasy ale zobaczylismy warany. ale przez moje zle samopoczucie prawie na czworakach wdrapywalam sie na gorke :( najbardziej zaluje pink beach, bo nas ominela :(

    Zycze Wam samych pozytywnych przezyc w dalszych podrozach!!!

  2. Zalatani Autor

    Hejka! Ja nie ukrywam, że też podglądam Twojego bloga i często podziwiam stylizacje :) (Natalia). Słyszeliśmy o tym wypadku, ale czemu nas to jakoś nie dziwi. W Indonezji chyba potrzeba trochę czasu, żeby zaczęto się interesować sprawami bezpieczeństwa. Nie wspominając już o zanieczyszczeniu środowiska. Wstyd. A swoją drogą szkoda, że nie mogliście w pełni cieszyć się tą wycieczką. Tak to już jest, możesz planować wszystko na długo przed, ale pewnych rzeczy nie przewidzisz. Przynajmniej widzieliście warany, a tamtych ludzi odnaleźli. Współczuję tylko tej grypy żołądkowej, pamiętam jak tam było gorąco i jakkolwiek przy dobrym samopoczuciu ten ‚trek’ to spacerek, to przy osłabieniu organizmu może być już gorzej. Dzielna dziewczyna! A jeśli chodzi o Pink Beach to rzeczywiście fajnie, ale nie zjawiskowo. Może dlatego, że kiedy my tam byliśmy nie było jakoś super słonecznie, a jak wiadomo światło odgrywa tutaj dużą rolę. Fajna rafa, można zobaczyć nemo snurkując, ale my mieliśmy za sobą kilka świetnych nurków i może dlatego nie było już tego efektu wow.

    Śmigacie gdzieś w najbliższym czasie czy na razie odpoczynek od walizek?

  3. Adrian i Kaja

    My marzymy jeszcze raz tam wrócic ale na safari nurkowe 😉 Podobno warto ?! Wy tam nurkowasiście? Nam udało sie zobaczyc smoka który pogryzł strazników ;P Odesłali go na inna wyspe a on wrócil tego dnia aby przeciąć nam droge na szlaku ;P

  4. Matt

    Czy taki kilkudniowy rejs kończy się zawinięciem z powrotem do Labuan Bajo? Zakładam, że stamtąd najłatwiej wrócić z powrotem na Javę samolotem do Jakarty?

    1. Zalatani Autor

      Rejsy, o których wspominamy w poście zaczynają i kończą podróż w Labuan Bajo. Ale są też jednostki, które robią kilkudniową trasę z Lomboku na Flores zahaczając po drodze o część atrakcji na wodzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress