Za co lubimy Laos?

Laos to dziwne miejsce. Wolne, bez pospiechu i nieco senne. Mimo to, do drzwi jego granic codziennie pukają tysiące turystów spragnionych zobaczyć właśnie „ten Laos”. Skąd bierze się zatem fenomen kraju, który jako jedyny w regionie nie ma dostępu do morza, drogi tutaj to niekiedy absolutny hazard, a w transporcie można śmiało zapuścić korzenie? Przecież nie ma tu żadnych spektakularnych architektonicznie świątyń, jakimi może pochwalić się choćby kambodżański Angkor, a Wientian to prawdopodobnie jedna z ostatnich stolic jakie chciałbyś odwiedzić w życiu. No i co z tym Laosem? Albo się go lubi, albo nienawidzi. Love kontra hejt. Nie ma nic pośrodku.

Po pierwsze, Laos był kiedyś kolonią francuską (o czym o dziwo nie wiedzieli nawet niektórzy spotkani przez nas po drodze Francuzi) i po dziś dzień widać wpływy jakie po sobie zostawili. Pal licho nazwy ulic i kolonialną architekturę. W Laosie na każdym kroku znajdziesz bowiem… bagietki! Normalnie w domu omijamy te pompki szerokim łukiem, ale chyba nie trzeba poruszać kwestii braku chleba w Azji. Kto był chociażby w Indonezji, to wie o czym mowa. Do tego dochodzą jeszcze wyrafinowane ciasta i torty. W Birmie nie mogliśmy znaleźć Snickersa ani lodów Algidy, nie mówiąc już o słodyczach z wyższej polki, a tu nagle w Laosie spadły na nas brownie, tarty, serniki i croissanty wypełnione czekoladą!

_IGP2873

Jedzenie w Laosie jest zdecydowanie powyżej azjatyckiej średniej.

Po drugie, niech sobie ten cały Laos dostępu do morza nie ma, ale nie wolno zapomnieć, że przez cały kraj ciągnie się przecież Mekong. Pomijając kolor, który odstrasza nawet najtwardszych zapaleńców kąpieli, rzeka ta ma mnóstwo dopływów. A dopływy to wodospady. I akurat tych w Laosie nie brakuje. Cały Płaskowyż Bolaven to jedno wielkie wodospadzisko, a im dalej w góry, im dalej na północ, tym robi się ciekawiej. Kulminacja następuje 29 kilometrów od Luang Prabang, w Kuang Si. Jeśli masz swój prywatny ranking wodospadów w Azji, to po wizycie w Kuang Si powinna ulec zmianie pozycja numer jeden. Jeśli nie, to chętnie dowiemy się co okupuje fotel lidera.

_IGP3164

Wodospady Kuang Si

Po trzecie – ludzie. Laotańczycy są mili, uprzejmi i tylko niektórzy widzą zamiast Ciebie Twoje dolary. O dziwo, można nawet odnieść wrażenie, że jedynie kierowcy tuk-tukow i właściciele agencji turystycznych chcą Cie wydymać na kasę, a cała reszta sprzedaje swoje towary po normalnej, lokalnej cenie. Mało tego – oni rzadko kiedy chcą się targować. Albo bierzesz, albo nie. Laotańczycy są wprawdzie nieco nieogarnięci w tej swojej senności i powolnych ruchach, ale kto by się tam przejmował, że skuter który zawczasu zarezerwowałeś sobie wczoraj wieczorem, dziś rano już odjechał, tyle że bez Ciebie. Jak zapomną o Tobie i Twoim brzuchu w jadłodajni, to nie rób draki, a wybierając lokalny transport pamiętaj, że możesz zatrzymywać się po drodze niezliczoną ilość razy. Tak już jest i się z tym nie dyskutuje. Pamiętaj gdzie jesteś. Zasada „na czas” i „na miejsce” tu nie obowiązuje.

_IGP2607rawPo czwarte, góry. Północ kraju górami stoi. Jeśli masz – dajmy na to – tylko tydzień w Laosie i wahasz się czy jechać w dół, czy na górę to wybór jest dość oczywisty – północ rzecz jasna. Można biegać, jeździć, pedałować, pływać i skakać po tych górach. Naprawdę porządne walory trekkingowe i dość sporo wiosek, gdzie rzekomo ludzie nadal żyją w poprzednim stuleciu. Choć prawda w dużym stopniu okaże się nieco inna niż śpiewać będą Ci właściciele agencji turystycznych, a ludzie w odległych wioskach nie zawsze będą patrzeć na Ciebie jak na przybysza z innej planety, to jeśli tylko jesteś fanem tego typu wiosek, w Laotańskich górach zdecydowanie możesz się zasiedzieć. Aha, no i wszystko można ogarniać na własną rękę, a Ci nieszczęśni tour-operatorzy niech służą co najwyżej za informację turystyczną.

laos

Taka tam zwykła droga w Północnym Laosie

Po piąte, Luang Prabang. Nie ma Laosu bez tego miasta. Tak jak Tajlandii nie ma bez Bangkoku, a Kambodży bez Angkor. Kapitalna baza wypadowa w zasadzie wszędzie, bez względu na kierunek. Mieliśmy spędzić trzy dni, a zostaliśmy na sześć. Znajduje się tu chyba jedyny market w Azji, gdzie kupcy nie cisną, nie łażą za Tobą krok w krok i nie oferują „special price, only for you”. Miasto ma tez swoich mnichów i autentyczny, jedyny w swoim rodzaju rytuał przyjmowania przez nich pożywienia od ludzi na głównej ulicy, codziennie w kole szóstej nad ranem. Całość byłaby jeszcze bardziej okazała, gdyby turyści umieli wyłączać flesze w aparatach i korzystali z telezoomów, zamiast podchodzić mnichom pod sam nos. A skoro mnisi, to i świątynie. Konkretnie – 32 sztuki. Kiedyś było podobno 66, ale nie przetrwały dziejowej zawieruchy. Ponadto Mekong, wodospady, niebagatelna architektura i all-you-can-eat za niecałe 5 złotych! Szkoda gadać, czas ruszać w drogę!

_IGP3032

Mnisi, mnisi, wszędzie mnisi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress