Nasza historia

Nigdy nie byliśmy jakoś specjalnie zafascynowani podróżami. Na wakacje jeździliśmy do Jastarni albo do Międzyzdrojów, ewentualnie na snowboard do Szklarskiej Poręby czy do Zakopanego. Raz byliśmy w Harrachovie, ale to dlatego, że to rzut beretem od polskiej granicy i nie sprawdzają paszportów. Nawet w podróż poślubną wybraliśmy się do Egiptu, zamiast śmigać gdzieś w dalekie tropiki za pieniądze z wesela. Jak dziś pamiętamy słowa pewnej bliskiej nam osoby, która powiedziała wtedy „lećcie do Kenii, bo być może już nigdy w życiu nie będziecie mieli okazji polecieć tak daleko.” Brzmi nieźle. Teraz mamy z tego nie lada pompę. A było to raptem 3,5 roku temu.

Wszystko zaczęło się, gdy jedno z nas dostało pracę na lotnisku, a drugie w hotelu. Żadna rewelacja, płacili grosze, ale na owe czasy było to lepsze niż nic. W ramach testowania produktu, hotel oferował dwanaście nocy za friko, w prawie każdym swoim branchu na świecie. Kuszące. Z drugiej strony, na lotnisku przewalały się miliony turystów, biznesmenów i ludzi, którzy właśnie gdzieś lecą, dopiero skądś przylecieli i pewnie zaraz śmigają dalej. Wtedy zastanawialiśmy się jak to możliwe, że ten gościu jeszcze wczoraj wsuwał kolację w Singapurze, dziś jest na konferencji w Warszawie, a pojutrze jedzie wygrzać dupsko na Florydę. To była magia. Aż dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak tania linia lotnicza i po nitce do kłębka złapaliśmy bilety do Budapesztu za symboliczną złotówkę.

To było coś. Choć nadal mieliśmy ze sobą walizki i zabukowany z góry hotel, należy nazwać to naszym podróżniczym debiutem. Bo wszystko inne przedtem to był szeroko pojęty turyzm. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze ulokować się w kraju po powrocie, a już mieliśmy zaklepany pobyt w Emiratach Arabskich na za dwa miesiące. Wykorzystaliśmy do tego nasze noce hotelowe, a bilet, żeby było taniej znaleźliśmy z Berlina, a nie z Warszawy i to nie regularną linią, a tureckim low-costem. Coś się zaczęło dziać, choć nadal lecieliśmy z dużymi torbami i nabraliśmy tyle ciuchów, że połowa nie opuściła nawet walizki przez całe dwa tygodnie.

Jeżdżenie palcem po mapie zaczęło być uzależniające. Kilka dni po powrocie znaleźliśmy ultra tanie bilety na Sri Lankę. A że z Rzymu? No cóż, będzie przy okazji możliwość zobaczenia stolicy makaronu. Trzecia podróż w ciągu czterech miesięcy! Szczęśliwie dla nas, było to na przełomie roku, bo inaczej wolne w pracy musielibyśmy organizować chyba u lekarza. I tak wypstrykaliśmy się z urlopu na cały rok już w styczniu. Ale to był strzał w dziesiątkę. Obkupiliśmy się w plecaki i śpiwory, zabraliśmy ze sobą tylko po trzy t-shirty i po dwie pary spodenek, zamiast całej szafy ubrań. Po raz pierwszy w życiu wysiedliśmy na lotnisku i nie mieliśmy nic oprócz planu podróży i języka w gębie. Podróżowaliśmy lokalnymi busami, z miejscową ludnością, spaliśmy z gekonami i żabami w straszliwych pokojach i jedliśmy takie żarcie, że do dziś zastanawiamy się jak to możliwe, że jeszcze żyjemy. Bez taksówek, bez rezerwacji, bez hoteli i co najważniejsze – bez kiblowania w tym samym miejscu przez dwa tygodnie. Właśnie wtedy poczuliśmy, że to jest sposób w jaki chcielibyśmy podróżować. Samodzielnie. Z plecakiem. Po prostu po swojemu.

Po powrocie zwolniliśmy trochę tempo. Mieliśmy już wprawdzie kupione bilety do Sztokholmu i Edynburga, ale w pierwszym przypadku na przeszkodzie stanęła grypa, a w drugim szkoła. Z braku laku zrobiliśmy jeszcze wakacyjnie Chrowację z Czarnogórą, ale jednocześnie na poważnie zaczęliśmy zastanawiać się o wyprowadzce z Polski. Wiadomo – słabe zarobki, wszystko drożeje, paliwo z kranu przecież nie leci – znacie to, jak nie z telewizji, to z opowieści, albo jeszcze gorzej – czego Wam nie życzymy – z autopsji.

Człowiek młody, to niczego się nie boi. Padło na Australię. Szybko nas jednak Australia do siebie zniechęciła, bo na tamte czasy warunki wizowe dla nas, Polaków były – jakby to delikatnie ująć – słabe. Nie chcieli nas drzwiami, to próbowaliśmy oknem, ale nijak nie szło tej Australii ugryźć. W międzyczasie, gdy tak się odbijaliśmy jak od ściany, ktoś wspomniał o Nowej Zelandii, że niby spoko, że warunki godziwe, no i kraj sam w sobie wart odwiedzenia. Sprawdziliśmy. Faktycznie, wyglądało to nieźle, ale nabór w lutym, a mamy dopiero początek czerwca. Słabo. Do roboty chodzimy jak za karę, bąknęli coś ostatnio o podwyżce rzędu 70 złotych, to się człowiek zastanawiał czy się smiać czy płakać. Wyrzuciliśmy Nową Zelandię z pamięci i po kilku miesiącach wylądowaliśmy tam, gdzie najmniej chcieliśmy, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma – na Wyspach Brytyjskich.

Z początku ekscytacja, zamiast peelenów wpadają funciaki, ale z drugiej strony dzikie tłumy, na ulicach pełno muslimów i pogoda pod psem. To był 14 lutego 2014 roku – pamiętamy to, jakby to było wczoraj. Też tak czasem masz, że pewne zdarzenia możesz odtworzyć w głowie sekunda po sekundzie, nawet po długim czasie? To jest właśnie tego typu zdarzenie. Wychodziliśmy już z domu, gdy przypomniała nam się Nowa Zelandia. Tak po prostu. Ni stąd, ni zowąd przeszła nam przez głowę myśl, że to przecież luty, czyli czas aplikowania o wizę. I każde z nas z tą myślą poszło do pracy. To był długi dzień. Po powrocie do domu potrzebowaliśmy zaledwie kilkunastu minut żeby podjąć decyzję. Padło dwa razy „tak”. Klamka zapadła. Jak to powiedział kiedyś Mark Twain – „za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałował tego czego nie zrobiłeś, niż to co zrobiłeś.” Trzy dni później wysłaliśmy aplikację.

Pierwszą wizę dostaliśmy 28 lutego. To były straszne dni, bo byliśmy zawieszeni gdzieś w nicości. Jedno przecież nie poleci, a z drugiej strony o wizę ponownie aplikować się już nie da. Stronę urzędu imigracyjnego mieliśmy ustawioną jako główną, a loginy i hasła znaliśmy już na pamięć. Chwilami nawet wątpiliśmy czy się uda, bo dzień za dniem mijał, a odzewu jak nie było tak nie ma. Aż nadszedł 5 marca. W środku nocy – dosłownie w okolicach trzeciej – obudzeni przez ulewę na zewnątrz, rutynowo sprawdziliśmy konto. „Approved”. Nie poszliśmy już spać tej nocy.

Dziś, w momencie pisania tego posta, siedzimy w Nowej Zelandii już przeszło 5 miesięcy, a nasza historia jest dowodem na to, że niemożliwe nie istnieje. To była najlepsza decyzja w życiu i nawet w gorszych chwilach nie przeszło nam przez myśl, że postąpiliśmy źle. Od momentu naszej pierwszej podróży do Budapesztu, do dnia, w którym podjęliśmy decyzję, że jedziemy do Nowej Zelandii minęło zaledwie 16 miesięcy. Niecałe półtora roku, które wstrząsnęło naszym życiem. Wiele razy słyszeliśmy od przeróżnych ludzi, jeszcze przed wyjazdem, słowa typu: „wy to macie szczęście”, „chciałbym być na waszym miejscu”, „ale wam zazdroszczę”. Hola hola, przecież nic nie stoi na przeszkodzie. Nie jesteśmy żadnymi szczęściarzami. Po prostu byliśmy na tyle odważni, żeby powiedzieć „stop”, rzucić etaty w Polsce i wyjechać w świat. „2300 na rękę, umowa o pracę i Ty rezygnujesz?”Tak, bo mam 24 lata, nie mam dzieci, nie mam kredytu i przed sobą jedno jedyne życie, więc zamiast tkwić w korpo za marne grosze, wychodzę i nie oglądam się za siebie.” Jeśli jesteś choć trochę przebojowy, odważny i masz język w buzi, to pracę znajdziesz nawet na biegunie. Więc jeśli powyższa historia choć trochę przypomina Twój obecny stan rzeczy, to rozważ wszystkie za i przeciw i zmień swoje życie. Jak powiedział kiedyś Laska w „Chłopaki nie płaczą”„musisz odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić”. Bo „podróż to jedyna rzecz, za którą płacisz, a stajesz się bogatszy.”

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress